
— Spalić wieś? — zapytał Ta-Kumsaw. — Wystrzelać nasze dzieci? Naszych starców? Nasze kobiety?
— Skąd ci to przyszło do głowy?
Harrison mówił oburzonym tonem, chociaż Hooch wiedział, że Ta-Kumsaw opisał tu typową operację wojskową. Hooch powiedział to głośno:
— Czerwoni palą bezbronnych farmerów w ich chatach i pionierów na łodziach, prawda? Dlaczego więc uważacie, że wasze wsie powinny być bezpieczne? Wytłumacz mi to.
Ta-Kumsaw wciąż na niego nie patrzył.
— Angielskie prawo mówić: zabić człowieka, który kraść twoja ziemia, nie jest złem. Zabić człowieka, żeby jemu ukraść ziemia, jest bardzo źle. Kiedy my zabijać biali farmerzy, my nie być źli. Kiedy wy zabijać czerwonych ludzi, którzy żyć tutaj tysiące lat, wy być bardzo źli. Traktat mówić: wy zostać na wschód rzeki My-Ammy, ale oni nie zostawać, a ty im pomagać.
— Pan Palmer niewłaściwie to ujął — rzekł Harrison. — Cokolwiek wy, dzicy, robicie naszym ludziom: torturujecie mężczyzn, gwałcicie kobiety, porywacie dzieci w niewolę, my nie prowadzimy wojny z bezbronnymi. Jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i zachowujemy się w sposób cywilizowany.
— Ten człowiek sprzedawać whisky czerwonym ludziom. Przez niego oni leżeć w brudzie jak robaki. On dać whisky czerwonym kobietom. Przez niego one słabe jak krwawiące sarny i robić wszystko, co on chcieć.
— Gdyby próbował, aresztujemy go — zapewnił Harrison. — Osądzimy go i ukarzemy za naruszanie prawa.
— Kiedy on to zrobić, ty go nie karać. Ty dzielić się z nim futrami. Ty go ochraniać.
— Nie nazywaj mnie kłamcą — zaprotestował Harrison.
— To ty nie kłamać — odpowiedział Ta-Kumsaw.
