
— Jeżeli będziesz się tak odzywał do Białych, Ta-Kumsaw, drogi chłopcze, któryś może naprawdę się rozzłościć i rozwali ci głowę.
— Ja wiedzieć, że wtedy ty aresztować go i ukarać za łamanie prawa.
Ta-Kumsaw powiedział to bez uśmiechu, ale Hooch dostatecznie długo handlował z Czerwonymi, żeby rozpoznać ich rodzaj humoru.
Harrison z powagą skinął głową. Hoochowi przyszło na myśl, iż Harrison nie zrozumiał, że to tylko żart. Mógł sądzić, że Ta-Kumsaw naprawdę w to wierzy. Ale nie: Harrison wiedział, że on i Ta-Kumsaw okłamują się nawzajem. Hooch pomyślał, że kiedy obie strony kłamią i wiedzą o kłamstwach rozmówcy, to prawie tak, jakby mówili prawdę.
Najzabawniejsze, że ten prawnik z Tennezy na poważnie uwierzył w te bzdury.
— To prawda — oznajmił. — Przestrzeganie prawa odróżnia ludzi cywilizowanych od dzikusów. Czerwoni nie są jeszcze wystarczająco rozwinięci. Jeśli nie chcecie stosować się do praw Białych, musicie ustąpić.
Po raz pierwszy Ta-Kumsaw spojrzał któremuś z nich prosto w oczy. Zimno obserwował Jacksona.
— Ci dwaj to kłamcy — powiedział. — Oni znać prawdę, ale mówić nieprawdę. Ty nie być kłamcą. Ty wierzyć w to, co mówić.
Jackson z powagą pokiwał głową. Minę miał tak próżną, zarozumiałą i pobożną, że Hooch nie wytrzymał. Podgrzał siedzenie krzesła Jacksona, tylko trochę, tyle, żeby tamten musiał przesunąć tyłek. To usunęło kilka warstw godności. Ale Jackson wciąż był nadęty.
— Wierzę w to, co mówię, ponieważ mówię prawdę.
— Ty mówić to, w co wierzyć. Ale to ciągle nie być prawda. Jakie być twoje imię?
— Andrew Jackson.
Ta-Kumsaw skinął głową.
— Hickory.
Jackson był wyraźnie zaskoczony i zadowolony, że Ta-Kumsaw o nim słyszał.
— Niektórzy tak mnie nazywają.
Hooch podgrzał jego krzesło jeszcze trochę.
— Niebieska Kurtka mówić: Hickory dobry człowiek.
