
— Mnie ostrzec? — powtórzył Harrison. — Ty, nędzny Shaw-Nee, który nikogo nie reprezentuje, ostrzegasz mnie, tutaj, w moim forcie, gdzie setka żołnierzy gotowa jest cię zastrzelić, jeśli powiem słowo?
— Ty przestrzegać traktatu.
— Przestrzegamy traktatu! To wy zawsze łamiecie umowy!
— Ty przestrzegać traktatu — powtórzył Ta-Kumsaw.
— Bo co? — wtrącił Jackson.
— Bo wszyscy Czerwoni na zachód od gór przyjść tu razem i porąbać was na kawałki.
Harrison odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Ta-Kumsaw przyglądał mu się z kamienną twarzą.
— Wszyscy Czerwoni, Ta-Kumsaw? Nawet ten tutaj, Lolly? Nawet mój domowy Shaw-Nee, oswojony Czerwony? Nawet on?
Po raz pierwszy Ta-Kumsaw spojrzał na chrapiącego na podłodze brata.
— Słońce wschodzić każdego dnia, biały człowieku — oświadczył. — Ale czy być oswojone? Deszcz zawsze spada. Czy być oswojony?
— Wybacz, Ta-Kumsaw, ale ten jednooki pijak jest równie pokorny, jak mój koń.
— O tak — zgodził się Ta-Kumsaw. — Ty założyć mu siodło. Ty założyć wędzidło. Ty wsiąść i jechać. Zobaczyć, gdzie cię powieźć ten domowy Czerwony. Nie tam, gdzie ty chcieć.
— Dokładnie tam, gdzie zechcę — stwierdził Harrison. — Nie zapominaj o tym. Twój brat jest zawsze w moim zasięgu. I jeśli, chłopcze, zachowasz się niewłaściwie, każę go aresztować jako twojego wspólnika i powieszę wysoko.
Ta-Kumsaw uśmiechnął się lekko.
— Ty tak myśleć. Lolla-Wossiky tak myśleć. Ale zanim ty go dotknąć, on nauczyć się patrzyć swoim drugim okiem.
Ta-Kumsaw odwrócił się i wyszedł. Spokojnie, płynnie, pewnie, bez gniewu. Nawet nie zamknął za sobą drzwi. Poruszał się z gracją, niby dzikie zwierzę… bardzo groźne zwierzę. Dawno temu, kiedy Hooch znalazł się w górach, sam widział pumę. Tym właśnie był Ta-Kumsaw — drapieżnym kotem.
Adiutant Harrisona zamknął drzwi.
Gubernator z uśmiechem zwrócił się do Jacksona.
