
— Widzi pan?
— A co powinienem widzieć, panie Harrison?
— Czy mam to panu przeliterować, panie Jackson?
— Jestem prawnikiem. Lubię, kiedy mi się wszystko przeliteruje. Jeśli potrafi pan literować.
— Ja nie potrafię nawet czytać — oznajmił grzecznie Hooch.
— I nie potrafisz trzymać gęby na kłódkę — burknął Harrison. — Dobrze, Jackson, wytłumaczę panu. Pan i pańscy chłopcy z Tennizy chcecie usunąć Czerwonych na wschodni brzeg Mizzipy. Powiedzmy, że wam się to uda. Co pan wtedy zrobi? Rozstawi nad rzeką żołnierzy, żeby dzień i noc trzymali straż? Tamci wrócą na nasz brzeg, kiedy tylko zechcą, będą palić, rabować, torturować i zabijać.
— Nie jestem durniem — przypomniał Jackson. — Wiem, że niezbędna jest długa i ciężka wojna. Ale kiedy wypędzimy ich za rzekę, załamią się. A tacy ludzie jak Ta-Kumsaw zginą albo stracą wszelki autorytet.
— Tak pan sądzi? No cóż, podczas tej wielkiej wojny, o której pan łaskawie wspomniał, zginie też wielu białych chłopców, a przy nich także kobiet i dzieci. Ale ja mam lepszy pomysł. Ci Czerwoni ssą whisky, tak jak cielak ssie mleko z wymienia matki. Dwa lata temu tysiąc Pee-Ankashawów mieszkało na wschód od My-Ammy. Potem zaczęli się zaprawiać. Przestali pracować, przestali jeść i tak osłabli, że starła ich z powierzchni ziemi pierwsza lekka choroba, jaka tędy przeszła. Po prostu wymarli. Nie został ani jeden żywy Pee-Ankashaw. To samo zdarzyło się na północy z Chippy-Wa, tyle że tam załatwili ich francuscy handlarze. To w alkoholu najlepsze: zabija Czerwonych, a nie ginie przy tym ani jeden Biały.
Jackson wstał powoli.
— Kiedy wrócę do domu — oświadczył — będę musiał wykąpać się trzy razy. I nawet wtedy nie będę czysty.
Hooch przekonał się z zachwytem, że Harrison jest naprawdę wściekły: poderwał się i wrzasnął na Jacksona tak głośno, że krzesło Hoocha zadygotało.
— Nie nadymaj się przede mną, ty hipokryto! Chcesz ich wszystkich zobaczyć martwych, dokładnie tak jak ja! Nie ma miedzy nami żadnej różnicy!
