Jackson zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na gubernatora z niesmakiem.

— Morderca, panie Harrison, truciciel nie potrafi może dostrzec różnicy między sobą a żołnierzem. Ale żołnierz ją widzi.

W przeciwieństwie do Ta-Kumsawa Jackson zniżył się do trzaśnięcia drzwiami.

Harrison opadł na krzesło.

— Muszę powiedzieć, Hooch, że nie podoba mi się ten facet.

— Nie przejmuj się — pocieszył go Hooch. — On jest z tobą.

Harrison uśmiechnął się lekko.

— Wiem. Kiedy dojdzie do wojny, wszyscy staniemy ramię w ramię… może z wyjątkiem tego wielbiciela Czerwonych z Vigor Kościoła.

— Nawet on. Kiedy wybuchnie wojna, Czerwoni nie będą robić różnicy między jednym a drugim Białym. Jego ludzie będą ginąć tak samo jak nasi. I wtedy Armor-of-God Weaver stanie do walki.

— Gdyby Jackson i Weaver lali w swoich Czerwonych whisky tak jak my, nie byłoby żadnej wojny.

Hooch wymierzył śliną do spluwaczki i nie chybił o wiele.

— Ten Czerwony… ten Ta-Kumsaw…

— Co z nim? — zdziwił się Harrison.

— Martwi mnie.

— A mnie wcale. Mam jego brata zachlanego na podłodze. Ta-Kumsaw nic nie zrobi.

— Kiedy wskazał mnie palcem, czułem, że mnie dotyka przez cały pokój. Myślę, że ma dar przywołania. Albo dotyku. Uważam, że jest niebezpieczny.

— Nie wierzysz chyba w te przesądy, Hooch? Jesteś wykształconym człowiekiem. Myślałem, że takie brednie nie robią na tobie wrażenia.

— Robią. I na tobie też, Billu Harrisonie. Kiedy budowałeś palisadę, sprowadziłeś różdżkarza, żeby sprawdził, gdzie jest twardy grunt. A kiedy twoja pierwsza żona rodziła, ściągnąłeś żagiew, żeby sprawdzić, jak dzieci leżą jej w brzuchu.

— Ostrzegam cię — warknął Harrison. — Nie życzę sobie uwag na temat mojej żony.



28 из 295