
— Której żony, Bill? Tej zimnej czy tej gorącej?
Harrison wyrzucił z siebie długi łańcuch przekleństw. Tak, Hooch był zachwycony. Trudno zaprzeczyć, że miał talent do podgrzewania. A o wiele zabawniej jest podgrzewać czyjś nastrój, ponieważ nie ma wtedy płomieni, jedynie masa pary i gorącego powietrza.
Pozwolił Harrisonowi wściekać się przez dłuższą chwilę. A potem z rozbrajającym uśmiechem podniósł ręce, jakby się poddawał.
— Przecież wiesz, że nie myślałem nic złego, Bill. Nie mam pojęcia, dlaczego ostatnio zrobiłeś się taki delikatny. Obaj chyba wiemy, skąd się biorą dzieci, jak się tam dostają i jak wychodzą na świat. Twoje kobiety nie rodzą ich inaczej niż moje. A kiedy któraś leży już i krzyczy, ściągasz położną, co wie, jak rzucić na nią sen albo odegnać ból. A kiedy dziecko się spóźnia, sprowadzasz żagiew, żeby sprawdzić, jak jest ułożone. Dlatego wysłuchaj mnie uważnie, Billu Harrisonie. Ten Ta-Kumsaw ma jakiś dar, jakąś moc. Jest w nim więcej, niż się wydaje.
— Doprawdy, Hooch? Może jest, a może wcale nie. Ale powiedział, że zanim go dotknę, Lolla-Wossiky przejrzy na swoje drugie oko. Szybko udowodnię, że żaden z niego prorok.
— Skoro już mowa o tym jednookim, to zaczyna okropnie śmierdzieć.
Harrison przywołał adiutanta.
— Przyślijcie mi zaraz kaprala Withersa i czterech żołnierzy.
Hooch podziwiał wojskową dyscyplinę u Harrisona. Nie minęło nawet trzydzieści sekund, a wbiegli żołnierze. Kapral Withers zasalutował.
— Na rozkaz, panie generale.
— Trzech waszych ludzi zechce uprzejmie wynieść to zwierzę do stajni.
Kapral Withers natychmiast wyznaczył trójkę żołnierzy. Zatrzymał się tylko, by rzucić:
— Tak jest, panie generale.
Generał… Hooch uśmiechnął się. Wiedział, że Harrison uzyskał tylko patent pułkownika u generała Wayne'a podczas ostatniej wojny z Francuzami. I nawet wtedy nie liczył się w armii. Generał… Gubernator… Co za nadęty…
