
Reszta mężczyzn w czarnych habitach z przerażeniem opuściła przejście, w którym znajdowała się dziewczyna. Tan-ghil odwrócił się w ostatniej chwili, by jeszcze zobaczyć, co się stało, i na jego wargach ukazał się paskudny, złowrogi uśmiech.
Tiili była chora z obrzydzenia i wstrząśnięta. Wiedziała jednak, że bladzi mężczyźni nie będą jej już więcej dręczyć.
Została teraz sama z Tan-ghilem i wisiała rozpostarta, przymocowana do skały za ręce i nogi, zamykając wejście do groty.
Szlochając, spoglądała błagalnie na swego prześladowcę.
On jednak nie miał dla niej litości.
– Do tego zostałaś przeznaczona jeszcze przed twoim urodzeniem – rzekł w końcu krótko i brutalnie. – Mój skarb jest teraz ukryty we wnętrzu góry za tobą. Nikt nie potrafi przejść obok ciebie. Nikt, prócz mnie. Bo ja wiem, jak można ciebie otworzyć.
Czy ten grymas miał oznaczać uśmiech? Tiili patrzyła przerażonymi oczyma, kiedy prezentował, w jaki sposób wejście może zostać otwarte.
– Tutaj… jest twój zamek – rzekł wskazując na jej łono. – A to jest klucz!
Rozchylił swoją brudnoszarą pelerynę, spod której ukazało się coś, na widok czego Tiili zrobiło się niedobrze. Długi, pomarszczony członek unosił się w górę. Kiedy odwróciła wzrok, Tan-ghil zaśmiał się złowieszczo.
