
A w takim razie może… może nie będę musiała umierać?
Słabiutka nadzieja rozpaliła się w jej sercu. Tiili była jednak za bardzo zmęczona, by liczyć na coś więcej.
Zresztą mogę umrzeć, myślała zrezygnowana. To lepsze niż dostać się w łapy tych podnieconych do nieprzytomności mężczyzn. W łapy tych bladych, na czarno ubranych mężczyzn, albo, co jeszcze gorsze, Tan-ghila. Dobrze wiem, czego oni ode mnie chcą, ale żaden z nich nie może mnie dotknąć. Nie może! Nie może! Tysiąc razy bardziej wolę śmierć.
Nie była już w stanie złapać tchu. Stąpała niepewnie, zataczała się często. Serce waliło jak młotem.
Zostały z niej zerwane ostatnie części ubrania.
Ludzie w habitach krzyczeli. Szamotali się, by podejść do niej. Tan-ghil jednak wciąż trzymał ich w miejscu.
Dziewczyna była jego zdobyczą.
Powoli traciła świadomość. Nie mogła już oddychać, nie miała siły się poruszać. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa dokładnie w chwili, gdy otwór w górskiej ścianie powiększył się do rozmiarów sporej bramy.
Tiili z bolesnym jękiem osunęła się na ziemię. Mamo, zdążyła pomyśleć, zanim ogarnął ją mrok.
ROZDZIAŁ II
Ocknęła się otoczona jakąś niezwykłą, czerwoną poświatą.
Była naga. Próbowała osłaniać się rękami, ale one były jak przyklejone do… górskiej ściany? Z dołu wiał ciepły wiatr. I stamtąd też pochodziła ta czerwona poświata. Tiili znajdowała się w miejscu przypominającym wejście do groty.
Ku jej rozpaczy znajdował się tam również Tan-ghil. A także ci budzący lęk urodziwi mężczyźni.
Wyglądali na przestraszonych. W gruncie rzeczy byli przerażeni, a sprawiał to ów ciepły wiatr i czerwony blask!
Musiała chyba śnić, to nie mogła być prawda. Zaraz się obudzi na własnym posłaniu w domu matki. Jednak ból w rękach i w nogach mówił jej, że nie śpi.
Tan-ghil przemawiał surowo do ubranych na czarno mężczyzn.
