
Ciepły strumień powietrza był dla nich śmiertelnie niebezpieczny, Tiili natomiast utrzymywał przy życiu.
Tyle łez…
W końcu nie miała już siły płakać.
Gdyby tylko mogła przestać myśleć! Przestać się lękać o los swoich najbliższych. Lękać się o swoją przyszłość. Gdyby potrafiła odrzucić od siebie wszystko i trwać jako istota doskonale pusta w środku!
Ale wciąż jeszcze umiała odczuwać upływ czasu.
A miała przed sobą wiele długich, budzących grozę lat.
Strasznie długo musiała czekać, zanim nadeszła pomoc.
Zaczęło się od tego, że w wielkiej przestrzeni, którą dostrzegała po drugiej stronie rozpadliny, usłyszała jakieś wołania. To nie były głosy tych bladych, ubranych na czarno mężczyzn, mogłaby przysiąc, że nie.
To była prośba o pomoc.
Tiili nie wiedziała, że to woła duch, którego Tan-ghil wysłał do Wielkiej Otchłani. Krzyknęła coś w odpowiedzi. I po chwili do jej uszu dotarł odzew.
Wkrótce jednak głos przepadł, rozpłynął się w oddali i Tiili nie słyszała nic więcej.
Mimo to, kiedy ktoś zbliżył się do przejścia i dotknął jej ramienia, była pewna, że to ta sama istota.
Najpierw drgnęła gwałtownie. Dotknięcie było leciuteńkie, przypominało delikatne skrobnięcie.
– Kto to? – zapytała.
Coś pełzło po jej ramieniu. Spojrzała w tamtą stronę i omal nie krzyknęła z przerażenia, ale zdążyła się opanować. Zwierzęta zawsze były jej przyjaciółmi, nie przyszło by jej nigdy do głowy, by je płoszyć.
To nietoperz, który zabłąkał się w tej okropnej grocie.
– Bóg z tobą, mały przyjacielu – rzekła łagodnie.
Ładny to ten nietoperz nie był, raczej straszny ze zmarszczonym nosem i wyszczerzonymi zębami. Był jednak żywym stworzeniem! Mnóstwo czasu minęło od dnia, gdy Tiili po raz ostatni widziała kogoś takiego.
