
Nikt jej nie widział i w rozpaczy opuściła ją odwaga, a siła myśli osłabła. Nigdy więcej nie widziała już ludzi w tej okolicy.
Tamtego dnia z oczu dziewczyny ponownie zaczęły płynąć łzy, choć zdawało się, że jej oczy wyschły dawno temu. Teraz znowu płynęły długo; Tiili, pogrążona w bezgranicznej samotności, płakała głośno.
Mijały stulecia, choć dokonywało się to stanowczo zbyt wolno. We wnętrzu góry nic się nie działo. Od czasu do czasu działo się coś na zewnątrz. Tiili zauważyła na przykład obecność Kolgrima, znacznie później wizytę Ulvhedina…
Ale na cóż się to mogło zdać? Nikt przecież nie wiedział, że ona tam jest.
Pół wieku, tak przecież powiedział Tan-ghil na pożegnanie. Och, pół wieku minęło już dawno, dawno temu. Tiili, która tak się bała, że Tan-ghil tu wróci, teraz pragnęła już tylko tego. Niech się dzieje, co chce, byleby ta udręka się skończyła.
Ale skoro minęło już tyle czasu i nic? Co to znaczy? Czy ona ma tu pozostać na całą nieskończoną wieczność?
Tak, chyba tak, bo przecież wyznaczony czas dawno upłynął, nie było już żadnego punktu oparcia, niczego, na co mogłaby czekać. Tym samym przestały istnieć jakiekolwiek granice.
To, że Tiili zachowała władze umysłowe, było zasługą małego nietoperza. Strasznie tęskniła za tym, by móc spać. Teraz nauczyła się zapadać w drzemkę również w innych porach roku, nie tylko zimą, więc lata mijały szybciej.
Jak człowiek w jej sytuacji mógł spędzać czas? Tiili układała proste piosenki i śpiewała je tak głośno, by zagłuszyć szum powietrza wydobywającego się z rozpadliny i zakłócić panującą w górach ciszę. Czasami wymyślała też długie historie, lecz możliwości miała bardzo ograniczone, rzecz jasna, znała bowiem tylko dobre i spokojne, lecz ubogie życie w oddalonej od świata Lodowej Dolinie.
Nie odważyła się jednak nigdy tworzyć opowieści na temat tego, że ktoś czy coś ją uratuje, wyrwie z tego więzienia. Wiedziała z doświadczenia, że później rozpacz jest jeszcze większa.
