
Nie zauważyła walki Heikego i Tuli z Tengelem Złym, bowiem działo się to w zimie, kiedy Tiili spała. Na krzyki i hałasy po tamtej stronie rozpadliny już dawno przestała reagować. Ktokolwiek tam był, to i tak nie mógł się do niej zbliżyć ani ona do niego.
Tak więc czas mijał w ciszy, prawie niepostrzeżenie. Całe lata ciszy.
I oto…
Coś się wydarzyło u podnóża góry. Wszystkie zmysły dziewczyny, również te, które otrzymała od nietoperza, były napięte do granic wytrzymałości.
Na coś się zanosiło. Naprawdę, mogłaby przysiąc.
Jakieś nowe istoty pojawiły się w wielkiej pustce. Istoty, które najwyraźniej były w stanie podejść blisko jej korytarza. Do wnętrza jednak nie wchodziły.
Tiili zaczęła wołać. Krzyczała rozpaczliwie, bo czuła, że jeśli teraz kontakt nie zostanie nawiązany, to nie nastąpi to już nigdy.
Niepokój po tamtej stronie trwał przez kilka dni. Tiili nie odważyła się zdrzemnąć nawet na moment, żeby nie przegapić czegoś ważnego. Natężała wszystkie zmysły, by nie uronić nic z tego, co się tam działo.
Znani jej wysocy, bladzi mężczyźni byli zaniepokojeni; widziała to wyraźnie. A ci nowi, którzy pojawili się dopiero co… Docierały do niej bardzo mieszane wrażenia. Domyślała się jednak, że toczy się tam jakaś walka.
Och, jakże była niecierpliwa! Jak strasznie niecierpliwa i zdenerwowana, że wszystko może znowu ucichnąć i zniknąć! Teraz było jej wszystko jedno, kto przyjdzie, wróg czy przyjaciel, byle tylko ta jej potwornie długa niewola nareszcie się skończyła.
Najbardziej ze wszystkiego pragnęła umrzeć. Móc spoczywać w pokoju.
Ci, którzy znajdowali się w pobliżu, powinni jej w tym pomóc. W najgorszym razie ci bladzi mężczyźni.
Nie odchodźcie, moi drodzy, nie znikajcie, kimkolwiek jesteście!
Krzyczała tak, aż ochrypła.
I, nareszcie, ktoś zbliżył się do jej korytarza.
