
– Ratunku! – wrzasnęła. – Na miłosierdzie boskie, pomóżcie mi umrzeć!
Głosy? Jakieś obce głosy, lecz Tiili rozumiała, co mówią, choć nie posługiwały się tym samym dialektem co ona. Zresztą tu chyba nie mogło być mowy o dialektach, to był całkiem obcy język, z którego rozumiała tylko jakieś oderwane fragmenty.
Weszli do korytarza! U, dzięki wam, bogowie, weszli do mojego korytarza!
Raczej wątpliwe, czy Tiili miała za co dziękować bogom w ciągu minionych siedmiuset lat, ale może jej słowa sprawiły, że Wszechmogący się zawstydził?
Widziała teraz wyraźnie, że przyszły cztery istoty. Czworo ludzi. Serce dziko tłukło się w jej piersi i ze zdenerwowania na chwilę przestała wzywać ratunku.
Natychmiast sama siebie za to skarciła. Bo tamci zawrócili! Zawrócili i odeszli, gdyż wszyscy, ona także, usłyszeli jakieś zamieszanie u wejścia do korytarza. Mignęły jej też jakieś sylwetki, które unosząc się w powietrzu zbliżały się do jej góry, zdawało się, jakby lądowały gdzieś z boku, przy wejściu… Było jej jednak bardzo trudno ocenić, co się tam dzieje.
Tamci czworo wyszli na zewnątrz i wciąż chyba nie widzieli Tiili. Wszelka odwaga ją opuściła, dziewczyna szlochała z rozpaczy i rozczarowania.
– Jestem tutaj! – wołała raz po raz. – Wróćcie, kochani, bądźcie tak dobrzy i wróćcie, nie jestem w stanie już dłużej czekać!
Zamieszanie na zewnątrz jeszcze się nasiliło. Zdawało się, że jest tam cały tłum ludzi. A może oni nie byli ludźmi?
Ale w takim razie kim mogliby być? Ja zasnęłam, myślała. To sen!
Czas mijał. Tiili zaczynała tracić resztki nadziei, ogarniała ją dobrze znana apatia, serce przepełniała rozpacz. Nie chciała tego. Nie teraz! Zawsze sprawiało jej to taki straszny ból, a tym razem bolałoby pewnie tysiąc razy bardziej. Nie miała wątpliwości, że więcej cierpień już nie zniesie.
I wtedy tamci wrócili! Tiili wstrzymała oddech.
Było ich teraz więcej. Ośmioro.
