
Na niebie zapłonęły przyjaciółki Tiili, gwiazdy. Tego wieczora jednak zdawały się martwe i niedostępne, jakby cofnęły się z obrzydzeniem i w strachu przed jej przewodnikiem.
Tiili czuła się tak bezgranicznie samotna i bezbronna.
I niemal oszalała ze strachu.
Tan-ghil wydał z siebie ostry, ptasi krzyk, skierowany ku skale naprzeciwko nich. Odpowiedziało mu echo.
Dziewczyna zadrżała i zaniosła się głuchym szlochem.
A po chwili…
To przywidzenie, czy też…?
Na tle stromej skały pojawiły się wysokie ludzkie postacie w mnisich habitach. Piękne postacie o dziwnie czujnych spojrzeniach.
Tiili o mało nie straciła przytomności z wrażenia. Bardzo niewyraźnie uświadamiała sobie, że Tan-ghil rozmawia z nimi w jakimś niezrozumiałym, bełkotliwym języku, a one mu odpowiadają z przymilnymi uśmiechami.
A potem zaczęły się zbliżać do niej…
Ta nienasycona żądza w ich oczach… Kiedy postacie uśmiechały się szerzej, Tuli widziała ostre kły.
Jęknęła przerażona. Śmiertelnie przerażona.
Tan-ghil jednak je powstrzymał. Uniósł rękę i zawołał coś swoim przenikliwym głosem, wykrzykiwał jakieś długie ostrzeżenia, których ona nie rozumiała. Sens jednak był dla niej oczywisty: Łapy przy sobie, to moja owieczka ofiarna!
I jedna, i druga możliwość wydawała się Tiili równie straszna.
Co starzec zamierzał z nią zrobić, nie miała pojęcia. Czym ona mu się naraziła?
Mamo… Targenorze! Ratujcie mnie! Błagam was! Ratujcie mnie!
Tan-ghil nakazał mężczyznom, by się zatrzymali. Stali teraz nieruchomo, jakby ich skuł niewidzialnymi łańcuchami.
On sam zaś rozpoczął obrzęd.
W rzeczywistości wypowiadał tylko zaklęcia, lecz Tuli nie pojmowała różnicy.
W pobliżu zaczęły się gromadzić nowe istoty, nie wiadomo skąd się tu brały. Na niewielkiej wyniosłości, tuż pod dwoma przypominającymi kamienie nagrobne szczytami, siedziało trzech niewysokich, budzących odrazę mężczyzn; na skrzyżowanych nogach trzymali wielkie, płaskie bębny.
