
Jak oni okropnie wyglądają! Zdawali się być karykaturami najstarszych mieszkańców Doliny Ludzi Lodu, tych, którzy wraz z krewnymi Tuli przybyli tu kiedyś ze wschodu, z Taran-gai. Wiedziała, że byli wśród nich szamani, nie myślała jednak, że wyglądają aż tak paskudnie.
Na skale znajdowali się Kat, Kat-ghil i Zimowy Smutek. Potomkowie Tan-ghila. Nic więc dziwnego, że robili takie odpychające wrażenie i przejmowali grozą.
Mała pokraka na ziemi dała im znak ręką, po czym zwróciła się z dziwnie zadowolonym uśmieszkiem do Tiili. Nigdy nie widziała czegoś równie obrzydliwego jak ten uśmiech.
Tego było dla niej za wiele.
Jęknęła rozpaczliwe, odwróciła się na pięcie i chciała uciekać.
Magiczna siła Tan-ghila była jednak niewątpliwie wielka. Zatrzymał ją gestem dłoni, a Tiili widziała przed sobą jedynie jego straszne oczy, czuła, że kręci jej się w głowie, świat wokół zaczyna wirować, a w centrum jarzą się te żółte ślepia. One pozostawały nieruchome.
Kiedy potwór stwierdził, że dziewczyna znajduje się w jego mocy, zwrócił się na szamanów. Na dany sygnał wszyscy trzej zaczęli uderzać w swoje bębny, rytmicznie, najpierw ciężko, tak te ich głos odbijał się od skał niczym echo grzmotu.
Grupa mężczyzn w mnisich habitach stała bez ruchu, wyczekując.
Tan-ghil ponownie zwrócił się do Tiili.
– Tańcz! – powiedział syczącym jak u węża głosem, plując przy tym na wszystkie strony. – Ja wiem, że tamta kobieta nauczyła cię prastarych tańców. Ruszaj więc!
„Tamta kobieta”? W ten sposób wyrażał się o jej ukochanej matce. I rzeczywiście, Dida, pragnąc ocalić coś z dawnej kultury wschodu, a zresztą także dlatego, że Tiili miała tyle gracji i tak bardzo lubiła tańczyć, nie szczędziła czasu na lekcje z córką. Były to chwile pełne radości i śmiechu.
