
Teraz się okazało, że Tan-ghil podglądał je wtedy z ukrycia.
Ta myśl sprawiała dziewczynie ból.
Tiili nie chciała być temu nędznikowi posłuszna, ale została całkowicie pozbawiona woli. Ponadto głos bębnów okazał się tak sugestywny, że nie potrafiła mu się opierać, choć bardzo tego nie chciała. Rytm przybierał na sile, tempo się wzmagało, wkrótce szamani zaczęli też śpiewać. Jeśli można nazywać śpiewem to ich monotonne, falujące zawodzenie.
– Dalej! – syknął Tan-ghil.
Stopy Tiili zaczęły tańczyć same. Gdy tak poruszała się w rytm bębnów drobnymi, szybkimi krokami, jakby przytupując, tak jak nauczyła ją matka, kątem oka zdążyła dostrzec coś nowego: Wokół szamanów zaczęły krążyć dziwne istoty, przezroczyste, kiwające się niby w głębokich pokłonach; to zbliżały się do nich, to cofały.
Tiili nie wiedziała nic o duchach Kata i Kat-ghila, które bezustannie im towarzyszą. Teraz była przerażona, nie stać ją było na inną reakcję. Znajdowała się całkowicie we władaniu tego hipnotycznego rytmu, tańczyła jak w transie, z oczu wciąż płynęły jej łzy.
Tempo stawało się coraz szybsze i szybsze. Słyszała podniecone westchnienia ubranych na czarno mężczyzn, wprost nie mogli ustać w miejscu. Gdyby ich wola Tan-ghila nie powstrzymywała, rzuciliby się natychmiast na dziewczynę, co do tego nie miała wątpliwości. Na małej polance śmierdziało czymś obrzydliwym, odór był intensywny, przypominał zapach starych kozłów. Po zmrużonych oczach Tan-ghila poznawała, że i jego to podnieca. Oddychał teraz jakoś ciężko.
Domyślała się, że tak działa pieśń szamanów. Nie wiedziała, o czym oni śpiewają, ale wyczuwała coś, o czym słyszała jeszcze w dzieciństwie. Atmosferę pierwotnego rytuału z kraju na wschodzie, rytuału składania w ofierze młodej dziewicy w obecności plemiennej starszyzny, najstarszych członków rodu. Ich życiowe soki zaczynały znowu żywiej krążyć, gdy dziewczyna tańczyła swój ostatni taniec. Tiili płakała z rozpaczy, ale cóż mogła zrobić? Musiała się poddać swojemu losowi.
