
Piękni, bladzi mężczyźni byli dużo bardziej niebezpieczni niż starzy członkowie plemienia. Były to istoty z samej swej natury niezwykle erotyczne, zdążyła to zrozumieć. Teraz zaś ich podniecenie osiągało szczyty, gdy tymczasem nie mogli się ruszyć z miejsca. Robili na jej oczach obrzydliwe rzeczy, Tiili próbowała odwracać spojrzenie, ale tamci otaczali ją niemal zwartym kręgiem, a taniec zmuszał, by kręciła się w kółko, i w kółko. Mogła jedynie zamknąć oczy.
We wzroku Tan-ghila widać było triumf, kiedy obserwował ich podniecenie. Ale było w nich też coś więcej. Tiili ogarniały mdłości, kiedy to dostrzegła. Zacisnęła mocno powieki, ale wtedy potykała się, bo ziemia była nierówna. Musiała ponownie otworzyć oczy.
Zaczynała czuć się zmęczona, zresztą nic dziwnego po takich przejściach. Po morderczej wspinaczce nieludzkie było zmuszać ją do takiego tańca, bez chwili przerwy. To po prostu bezlitosne.
Pozwól mi przestać, błagała bezgłośnie, ale nie odważyła się wypowiedzieć tej prośby.
Dźwięk bębenków stawał się coraz bardziej szalony, dziki, śpiew szamanów wznosił się aż do krzyku. Bladzi ludzie w habitach wyli z podniecenia, a Tan-ghil wciąż popędzał: szybciej, szybciej!
Tiili zdawała sobie sprawę, że będzie musiała umrzeć. To był taniec ofiarny. Nie wiedziała tylko, czemu ma służyć ta ofiara, jakich bogów ma udobruchać, przeczuwała natomiast, że to chwila, w której dopełni się jej los, co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości.
Zabij mnie, myślała. Zlituj się i zabij mnie!
Ale kiedy to Tan-ghil się nad kimś zlitował?
Na wpół przytomna czuła, że ktoś zrywa z niej ubranie.
– Nie – szeptała błagalnie.
Nikt jednak nie słyszał jej rozpaczliwych próśb.
Nagle rozległ się potężny huk. Tiili otworzyła oczy i zobaczyła, że w górskiej ścianie powstał otwór.
To ja sprawiłam, przyszło jej na myśl. Te bębny, pieśń szamanów, mój taniec… Odbywa się tutaj jakiś magiczny rytuał.
