
– Na kawie. Mieliśmy wszyscy przyjść do budynku przed ósmą. A jest już prawie dziesiąta.
– W takim razie trzeba włączyć brzęczyk, wezwać ich pilnie.
Już to zrobiłem, kiedy ujrzałem, jak Benny wysiada z auta. Benny Chavez pomachała radośnie ręką na widok Kate i wbiegła na kamienne schodki. Długonoga, w dżinsach, przeskakiwała po dwa stopnie naraz; długie, czarne włosy powiewały za nią na wietrze.
– Jeszcze się śmieje – wycedziła Kate przez zaciśnięte zęby. – Ta wariatka myśli, że to tylko żart.
– Przestanie się śmiać, kiedy złapią… Cholera!
Jeden z demonstrantów uderzył Benitę w głowę drzewcem transparentu. Zachwiała się, przystanęła, z trudem utrzymała równowagę, ale i tak za późno: w tej samej chwili wchłonął ją rozwrzeszczany tłum.
– Nie zamykaj drzwi! – zawołała Kate i zbiegła ku kłębowisku ludzi, wśród których znikła Benny. Z rąk siwej wiedźmy stojącej na zewnątrz ciżby wyrwała tablicę z hasłem protestacyjnym, odwróciła ją do góry nogami i wywijając drzewcem na prawo i lewo, poczęła torować sobie drogę, dopóki nie ujrzała przed sobą Benity.
Bluzka dziewczyny wysunęła się z dżinsów, włosy opadały bezładnie na twarz, na której nie było już nawet śladu uśmiechu.
– Biegnij do budynku. – Kate dźgnęła drzewcem w brzuch jakiegoś grubasa, zmuszając go do odsunięcia się od Benny. – Już!
– Nie zostawię cię tak. Nie odejdę, dopóki… Och! Kate dźgnęła teraz ją.
– Cholera, pośpiesz się. Będę tuż za tobą. Benny puściła się pędem po schodach na górę.
– Suka! – odezwała się siwowłosa kobieta, której Kate zabrała transparent. – Morderczyni.
Oślepiający ból przeszył jej skronie.
Czuła, że osuwa się na ziemię…
Nie, nie pójdzie im tak łatwo. Dopadli ją jak zgraja hien. Walczyła zawzięcie z ogarniającą ją ciemnością, zadawała na oślep ciosy drzewcem trzymanym kurczowo w dłoniach.
