
Ale czy rzeczywiście jest to fiasko? Ma przecież Joshuę, pracę, którą lubi, w Genetechu darzą ją szacunkiem. Nieźle, jak na kobietę dwudziestodziewięcioletnią. Jest mnóstwo takich, które mają znacznie mniej.
Usiadła za biurkiem i skwapliwie sięgnęła po wyniki wczorajszych testów.
– Dzwonił znowu Noah Smith. – Charlie wyrwał z notesu kartkę z numerem telefonu i rzucił ją na biurko Kate. – Prosił, żebyś się odezwała.
– Dzięki. – Bezwiednie odsunęła karteczkę na bok, zaabsorbowana obrazem DNA na wykresie. Poczuła, jak ogarnia ją podniecenie. Osiemdziesiąt siedem procent. Niewiele brakuje. Boże, wreszcie jest tak blisko.
– To już czwarty telefon – odezwał się Charlie. – Nie oddzwoniłaś przedtem do niego?
– Tak. Raz.
– Utarłaś nosa temu wielkiemu człowiekowi.
– Może.
– Jeśli nie chcesz tej posady, możesz zarekomendować mnie. – Charlie usiadł na brzegu biurka. – Nie mam nic przeciw współpracy z pretendentem do Nagrody Nobla.
– Pogadaj z nim. Masz lepsze osiągnięcia w badaniach nad rakiem niż ja.
– To właśnie powiedziałem mu teraz, kiedy zadzwonił. – Westchnął z żalem. – Według niego, posiadasz pewne plusy, których mnie brak.
– Bzdura.
– Poznałaś go już osobiście?
Pokręciła głową.
– Byliśmy na tej samej konferencji rok temu, ale widziałam go tylko z daleka. W otoczeniu chmary dziennikarzy. – Pamięć podsunęła jej nagle obraz Noaha Smitha, przedzierającego się przez ciżbę z nieustępliwością ostrej szabli: agresywnie, bezwzględnie, dynamicznie. – Spędził tam tylko jeden dzień. Wydaliśmy mu się zapewne mało inspirujący.
