
– Tak.
– Proszę wyjrzeć przez okno. – Ogden bez pożegnania przerwał połączenie.
Noah powoli odłożył słuchawkę i wstał.
Nagły podmuch rzucił go na podłogę.
Odłamki szkła z rozbitego okna posypały mu się na plecy.
Eksplozja. Jakaś eksplozja…
Podczołgał się do okna. Z zewnątrz dobiegły go krzyki. Wyciągnął ręce do parapetu, podciągnął się do góry.
– Mój Boże! – wyszeptał.
Wschodnie skrzydło fabryki ginęło w płomieniach, z ruin wybiegali ludzie. Jego pracownicy…
Musi zejść do nich na dół. Jego fabryka… jego pracownicy… Musi im pomóc…
Podłoga zafalowała pod jego stopami.
Jeszcze jedna eksplozja. Nawet nie usłyszał huku.
Niech cię diabli, Ogden!
Piekący żar.
Ból.
Mrok.
Dandridge, stan Oklahoma
Godzina 16.10
– Cześć, Kate. – Alan Eblund wysiadł z chevroleta. Uśmiech rozjaśniał jego śniadą twarz, kiedy patrzył na schodzącą po schodach Kate. – Miło znów cię widzieć. – Skierował wzrok na gęsty tłum za kordonem, kłębiący się w odległości zaledwie kilku jardów od gmachu Genetechu. – Co takiego robisz, że wyprowadziłaś z równowagi tych miłych ludzi?
– Ci „mili ludzie” próbowali mnie oskalpować. – Sięgnęła spojrzeniem za niego, do Michaela na przednim siedzeniu samochodu. Siedział ze zmarszczonymi brwiami. Zły znak. – Przykro mi, że Michael uznał za konieczne sprawić ci kłopot, zabierając wolny czas.
– To nic takiego. Po cóż ma się partnera? – Alan otworzył przed nią drzwiczki auta. – Wolę to, niż zajmować się, jak wczoraj, handlarzami narkotyków.
