
Joshua odbił piłkę, która poszybowała wysoko nad parkanem, po czym uśmiechnął się do matki.
– Punkt dla mnie.
– Rzut był dobry! – Kate wyglądała na urażoną.
– Tak, dobry, ale zdradziłaś się, jaką wypuścisz piłkę. Wytarła dłonie o dżinsy i spojrzała na syna z niedowierzaniem.
– W jaki sposób?
– Zawsze, kiedy ma to być szybki rzut bezpośredni, unosisz nogę wyżej. Powinnaś się pilnować.
– Postaram się. Następnym razem. – Wydęła usta. – Dziś jestem łatwym przeciwnikiem. Zresztą czeka mnie sporo pracy po południu. Nie mam czasu na szukanie tej cholernej piłki po całej okolicy.
– Pomogę ci. – Odłożył kij i podszedł do matki. – Jeśli poćwiczysz ze mną jeszcze piętnaście minut.
– Namów któregoś ze swoich przyjaciół, aby pograł z tobą. Rory jest napastnikiem w drużynie. Z pewnością jest dobry.
– Jest w porządku. – Joshua szedł teraz ramię w ramię z matką, dotrzymując jej kroku. – Ale twoje piłki są lepsze.
Otworzyła furtkę i ruszyła do domu.
– Żebyś wiedział, że tak.
– I szybko się uczysz. Nie popełniasz dwa razy tego samego błędu.
– Dziękuję. – Skłoniła głowę z powagą. – Doceniam te miłe słowa. Na piegowatej twarzy chłopca zajaśniał przekorny uśmiech.
– W ten sposób się podlizuję.
– To właśnie podejrzewałam. – Obróciła się ku niemu, chcąc go objąć, natychmiast jednak dała za wygraną. Joshua był miłym dzieckiem, ale też bardzo dumnym jak na dziewięciolatka. W sobotnie popołudnie – tak zazwyczaj bywało – wokół domu aż się roiło od dzieci z sąsiedztwa. Byłoby niewskazane, gdyby jedno z nich dostrzegło, jak tuli do siebie syna. – Posłuchaj, graliśmy pełne dwie godziny. Niestety nie mam już więcej czasu.
Z filozoficznym spokojem wzruszył ramionami.
– Trudno. Ale musiałem spróbować.
– Tak jak przedtem, kiedy odbijałeś moją piłkę.
– Właśnie. – Odwrócił wzrok. – Znowu przyniosłaś do domu pracę z Genetechu?
