
– Mhm. – Rozejrzała się po placyku przed drzwiami frontowymi.
– Gdzie ta piłka? Widzisz ją gdzieś?
Zdawało się, że jej nie słyszy.
– Rory opowiedział, co mówi jego tata: że ludzie, którzy pracują w Genetechu, wytwarzają tam Frankensteinów.
Drgnęła gwałtownie, odwróciła się i spojrzała na niego bacznym wzrokiem:
– I co mu odpowiedziałeś?
– Że jest głupi. Że ty starasz się ratować życie wielu ludzi, a potwory występują tylko w książkach i filmach. – Znowu nie patrzył na nią.
– Czy to cię złości, że ludzie wygadują o tobie takie kłamstwa?
– A ciebie to złości?
– Tak. – Stał nadal z opuszczonymi swobodnie rękami, ale zacisnął pięści. – Mam ochotę dać im w nos.
W ostatniej chwili powstrzymała się od uśmiechu. Sprawa była poważna. Joshua po raz pierwszy stanął twarzą w twarz z kontrowersjami istniejącymi wokół charakteru jej pracy, musiała więc teraz wykazać się jak największym taktem. Niestety, dyplomacja nie należała do jej mocnych stron.
– Lepiej spróbuj im to jakoś wytłumaczyć, żeby zrozumieli, o co chodzi. To chyba nie ich wina. Nasze eksperymenty genetyczne są absolutną nowością, mnóstwo ludzi nie potrafi pojąć, że badając struktury genów i próbując dokonywać w nich określonych zmian, usiłujemy jedynie zwalczać choroby i ulepszać życie człowieka.
– Jeśli tego nie rozumieją, są głupcami. Ty nie mogłabyś przecież nikogo skrzywdzić.
– Zapewne sądzą, że mogłabym zrobić coś nie tak, jak należy. Że nie będę wystarczająco ostrożna…
Joshua skwitował to wzgardliwym parsknięciem.
A więc nie trafiła mu do przekonania. Ale to nic, przyszedł jej właśnie do głowy świetny pomysł. Joshua, podobnie jak większość jego rówieśników, miał bzika na punkcie komputera.
– Kupię ci program komputerowy objaśniający nie tylko DNA, ale również istotę eksperymentów medycznych w tej dziedzinie. Mógłbyś obejrzeć go razem z Rorym.
