
– Najzupełniej jasne. Podnoszę ofertę o dziesięć tysięcy rocznie. Proszę się zastanowić. Jeszcze się odezwę.
Odłożył słuchawkę.
Zirytowana zacisnęła zęby. Niemożliwy. Ten facet jest niemożliwy!
– Wiesz, może to byłby nawet niezły pomysł, gdybyś przyjęła jego ofertę – odezwała się od progu Phyliss. – Przydałaby ci się jakaś niewielka odmiana.
– Nie narzekam na to, co mam. – Kate zrobiła wymowną minę. – A ty podniosłabyś natychmiast wielki krzyk, gdybym wywiozła stąd Joshuę.
– Nie zrobię tego, o ile zabierzesz mnie ze sobą. Kate spojrzała na nią zaskoczona.
– Zostawiłabyś Michaela? Phyliss uśmiechnęła się.
– Kocham mego syna, ale nie jestem ślepa; dostrzegam jego wady. Lubi szufladkować wszystkich ludzi, z którymi ma do czynienia, a potem wpada w szał, kiedy okazuje się, że ten czy ów nie mieści się w wytyczonych ramach. W tobie widział własną żonę, matkę swego dziecka i gospodynię domową. Rozwiodłaś się z nim, bo te etykietki nie obejmują ciebie całej, musiałaś więc wydostać się ze swojej szufladki. Jeśli o mnie chodzi, jestem w jego oczach starą, kochaną matką, wdową po jego ojcu i babcią Joshuy. Także dla mnie ta szufladka jest za ciasna.
Kate spojrzała na nią z czułością. Szczupła, wysoka, o krótkich, kręconych kasztanowatych włosach Phyliss wyglądała młodziej niż wiele kobiet, z którymi Kate stykała się codziennie w pracy, miała też znacznie więcej wigoru. Kiedy przed dwoma laty Kate przeprowadziła rozwód, Phyliss Denby zaskoczyła ją mile, wprowadzając się do niej. Zamiast pozwolić, aby ich przyjaźń zakończyła się wraz z rozwiązaniem małżeństwa syna, zajęła się prowadzeniem domu, opiekowała się również wnukiem, gdy Kate przebywała w pracy. Niezależna, konkretna i pełna życia, była dla nich obojga, Kate i Joshuy, prawdziwym błogosławieństwem.
