
Jednak czuł, że robi postępy, co jeszcze bardziej utwierdzało go w postanowieniu. W końcu na horyzoncie pojawił się cel podróży.
Planeta nazywała się Theta. Perceveral został wysadzony wraz ze swoim ekwipunkiem na trawiastej, zalesionej wyżynie w pobliżu pasma gór. Na podstawie badań przeprowadzonych z powietrza, wybrano ten teren ze względu na jego walory. Woda, drewno, lokalne owoce i rudy minerałów-wszystko znajdowało się w pobliżu. Obszar wydawał się więc doskonały jako miejsce dla przyszłej kolonii.
Załoga życzyła Perceveralowi powodzenia i odleciała. Osamotniony zwiadowca wpatrywał się w niebo, póki statek nie zniknął w chmurach, po czym wziął się do pracy.
Najpierw uruchomił swojego robota. Była to wysoka, błyszcząca maszyna wieloczynnościowa, należąca do standardowego wyposażenia zwiadowców i osadników. Nie umiała mówić, śpiewać, recytować ani grać w karty, jak to było w przypadku droższych modeli. Jej jedyną odpowiedzią był przeczący lub potakujący ruch głowy. Nudne towarzystwo jak na rok czekający Perceverala. Ale była tak zaprogramowana, by spełniać wydawane słownie całkiem skomplikowane polecenia, wykonywać najcięższą pracę fizyczną i przejawiać pewną intuicję w trudnych sytuacjach.
Z pomocą robota Perceveral rozbił na równinie obóz, bacznie obserwując horyzont i wypatrując niepokojących sygnałów. Sonda powietrzna nie wykryła wprawdzie żadnych śladów obcej cywilizacji, ale nigdy nie wiadomo. Fauna Thety też jak dotąd była nie zbadana.
Perceveral pracował powoli i ostrożnie, a milczący robot uwijał się u jego boku. Do wieczora uporał się z budowaniem tymczasowego obozu. Uruchomił alarm radarowy i poszedł spać.
O bladym świcie obudził go przejmujący dźwięk alarmu. Ubrał się i pośpiesznie wybiegł. W powietrzu rozlegał się gniewny szum, jakby nadlatującej szarańczy.
