
A potem, stojąc przed budynkiem Nippon Times koło swoich waliz, Childan pomyślał z nagłym przerażeniem: A jeżeli ten klient nie jest Japończykiem? Wszystko, co przywiózł, zostało wybrane z myślą o nich, o ich gustach…
Ale to musiał być Japończyk. Pan Tagomi zamawiał plakat rekrutacyjny z wojny secesyjnej; niewątpliwie tylko Japończykowi mogło zależeć na takim starociu. Typowe dla fascynacji błahostkami, dla ich legalistycznej obsesji dokumentów, proklamacji, ogłoszeń. Pamiętał jednego, który poświęcił swój wolny czas na zbieranie gazetowych ogłoszeń amerykańskich leków patentowych z lat tysiąc dziewięćsetnych.
Należało stawić czoła innym, bliższym problemom. Przez wysokie drzwi budynku Nippon Times wchodzili i wychodzili ludzie, wszyscy dobrze ubrani; do uszu Childana dobiegły ich głosy, wyrywając go z bezruchu. Spojrzenie w górę na niebosiężną konstrukcję, najwyższy budynek w San Francisco. Ściana biur, okien, wspaniała sztuka japońskich architektów i otoczenie: ogródki karłowatych, wiecznie zielonych drzew i krzewów, krajobraz karesansui, piasek imitujący zastygły strumień opływający korzenie i proste, nieregularne, płaskie głazy…
Dostrzegł czarnego tragarza, który akurat był wolny. Childan natychmiast go przywołał.
Czarny podbiegł truchcikiem z usłużnym uśmiechem.
— Na dwudzieste — powiedział Childan możliwie najostrzejszym głosem. — Apartament B. Natychmiast. — Wskazał na bagaż, po czym ruszył ku wejściu. Oczywiście nie oglądając się za siebie.
W chwilę później został wciśnięty do jednej z szybkobieżnych wind; wokół niego prawie sami Japończycy, ich czyste twarze połyskują z lekka w ostrym świetle.
