
– To nic poważnego – próbowała go zbyć.
– To poważne na tyle, że musiałaś iść na policję.
Zbierając się do odpowiedzi, Tiffany w milczeniu policzyła do dziesięciu.
– Wiesz, J.D., że ostatnia rzecz, jakiej od ciebie oczekuję, to prawienie mi morałów. Nie wiem, po co się tu zjawiłeś, i dlaczego akurat teraz, ale chyba nie po to, żeby mnie dręczyć.
– Zadałem tylko proste pytanie – żachnął się.
– Nie zamydlisz mi oczu. Nic, do czego się bierzesz, nie jest proste ani przypadkowe.
– A czemu ty wciąż zmieniasz temat?
– Bo tobie nic do tego, mecenasie.
– Chłopak jest moim bratankiem.
– Do tej pory jakoś o tym nie pamiętałeś – powiedziała oskarżycielskim tonem.
– Ale teraz mnie to obchodzi – powtórzył z uporem, patrząc na nią przenikliwym wzrokiem. Nie zmienił się wiele, tyle tylko, że dawniej nie umiał tak długo usiedzieć w jednym miejscu. Roznosiła go energia. Teraz zaś spokojnie czekał.
– Jakiś miesiąc temu była pewna sprawa z alkoholem – rzuciła tę informację na odczepnego, bagatelizującym tonem.
– Ma dopiero trzynaście lat.
– Zgadza się, trzynaście. Ale prowodyrem był nie on, tylko starszy brat jednego z najbliższych kolegów. Tamten chłopak urządził imprezę. Zrobiło się głośno, więc sąsiedzi zadzwonili na policję. Większości udało się uciec, ale kilku chłopców przyłapano. Choć Stephen nie pił, i tak wpadł po uszy. Wydział dla nieletnich przydzielił mu kuratora. To kobieta, właśnie z nią rozmawiałam pół godziny temu.
– I uważasz, że to nic poważnego?
– Stephen zostanie oczyszczony z zarzutów. – Tiffany starała się nie okazać zdenerwowania. Uważała, że J.D. nie ma prawa ani się wtrącać, ani jej krytykować.
– Oby tak było.
– To nastolatek, a nastolatki…
– To jeszcze prawie dziecko.
Tiffany zrobiła krok ku J.D., z trudem nad sobą panując.
