
– Przestań mnie osądzać. Nie ty! Nie pamiętasz, ile razy sam, jak byłeś w wieku Stephena, popadałeś w tarapaty? Z tego, co mi mówił Philip, było z ciebie ziółko.
J.D. zerwał się na równe nogi, syknął z bólu i pokuśtykał do okna.
– Co ci jest? – spytała Tiffany, zła, że ją to w ogóle obchodzi. J.D. Santini był ostatnią osobą na świecie, o którą powinna się troszczyć. – Masz kontuzję?
– Pozrywane ścięgna. Nic wielkiego.
– Kiedy się to stało?
– Parę miesięcy temu. Rozbiłem się na motorze.
– Och… nikt mi o tym nie powiedział.
– A niby po co?
– Do licha! Podobno należę do rodziny.
– Trochę leżałem w szpitalu, ale to naprawdę nie był poważny wypadek. Gdybym umarł, na pewno by cię zawiadomili.
– Przed czy po pogrzebie?
J.D. zirytował jej ironiczny ton. Zacisnął zęby.
– Jesteś niesprawiedliwa. Zachowujesz się, jakbyś była wyklęta przez Santinich. A prawda jest taka, że to ty zerwałaś kontakty i zamieszkałaś tutaj, bo sama tego chciałaś.
Rzeczywiście tak było. Tiffany zrobiłaby wszystko, by wyrwać się z kręgu ludzi sobie nieprzyjaznych, mających do niej wieczne pretensje, pouczających ją, jak ma żyć i wychowywać dzieci, oskarżających ją niesprawiedliwie. Uczyniła to przy najbliższej okazji.
– Zostawmy ten temat – zaproponowała pojednawczo. – Co się stało, to się nie odstanie. Powiedz mi raczej, jakie plany mają Bracia Santini w związku z Bittersweet.
– Tata chce kupić ziemię w tej okolicy, z przeznaczeniem na winnicę.
– A ty jesteś jego przedstawicielem handlowym?
– Na to wygląda.
J.D. był otwarty i szczery, choć czasami szorstki. Rzadko się uśmiechał, ale za to potrafił przeniknąć człowieka na wylot swoim czujnym, inteligentnym spojrzeniem. Był wyjątkowo przystojnym mężczyzną o czarnych włosach i regularnych, jak wyrzeźbionych rysach, typem zdobywcy, który nie cofa się ani na krok i dostaje to, czego chce.
