
Patrząc z miłością na córeczkę, Tiffany nie po raz pierwszy stwierdziła w duchu, że Bóg najwyraźniej był innego zdania. Mimo iż sama stosowała środki zabezpieczające, a Philip od lat raczej symbolicznie wypełniał małżeńskie obowiązki, Christina została poczęta, i był to cud. Albo przeznaczenie, jak powiedziała mężowi.
– Przekleństwo raczej – skomentował Philip. – Jak myślisz, na ile dzieci jeszcze mnie stać?
– Tylko na to jedno.
– Ukartowałaś to – stwierdził zrezygnowany. Był pewien, że specjalnie nie założyła diafragmy. Kłótnie się przeciągały, a Philip objawiał swoje niezadowolenie, włócząc się po mieście lub spędzając coraz więcej godzin w biurze. Przez pół miesiąca nocował w służbówce, udając, że nie mieszka w domu, póki
Tiffany nie zażądała wyjaśnień.
– Ja chcę tego dziecka – powiedziała stanowczo – pozą tym Stephen potrzebuje rodzeństwa.
– Już je ma.
– Przyrodni brat i siostra nie mieszkają razem z nami – zauważyła Tiffany, nie bacząc na jawną irytację męża. – Słuchaj, Philip, nie planowałam tego dziecka, ale skoro jestem w ciąży, uważam, że powinnam je urodzić, i cieszę się na to. Ty też powinieneś.
– Jestem za stary, żeby znów być ojcem.
– Ale ja jestem wystarczająco młoda, żeby być matką. Wszystko się ułoży – przekonywała go. Bardzo pragnęła tego dziecka. – Sama się wszystkim zajmę.
Odpowiedzią był cichy zrezygnowany pomruk i szelest gazety, otworzonej na dziale sportowym. Philip usadowił się w fotelu i zagłębił w lekturę. Mimo że Tiffany zabolała obojętność męża, postanowiła nieodwołalnie urodzić dziecko i otoczyć je miłością. W końcu zresztą nawet Philip pogodził się z perspektywą pieluch i nocnego karmienia. Pewnego dnia przyszedł do domu z wielkim bukietem wiosennych kwiatów i oświadczył, że drugie dziecko, choć nie planowane, jest z pewnością darem losu, który podtrzyma ich nadwątlone małżeństwo.
