
– Albo nagle odmłodnieję, albo błyskawicznie stetryczeję – spuentował z humorem.
Tiffany z żalem wspominała mężczyznę, którego kochała, albo przynajmniej kiedyś sądziła, że kocha. Christina ziewnęła, przeciągnęła się rozkosznie, a jej powieki z wolna opadły. Tiffany na palcach wyszła z pokoju i wróciła do kuchni.
J.D. czekał tam na nią, a na jego twarzy malowało się dobitne postanowienie.
– Masz tu wolny apartament, jak widzę.
– W tej chwili tak, ale pewnie niedługo znajdę lokatora.
J.D. uśmiechnął się przebiegle, zadowolony z siebie.
– No cóż, pani Santini, koniec końców to pani szczęśliwy dzień… – Na te słowa Tiffany zesztywniała. Chyba nie miał zamiaru… – Tak, zgadłaś – powiedział, w mgnieniu oka odczytując jej myśli. – Nie mam gdzie mieszkać, więc równie dobrze mogę zostać tutaj na czas pobytu w mieście.
Tiffany wiedziała, że nie wolno jej do tego dopuścić. Nie chciała mieć go tak blisko, pod własnym dachem. Obecność J.D. oznaczała komplikacje, a ona ich sobie nie życzyła.
– Wybacz mi, Jay, ale nie wynajmuję mieszkań na tydzień ani nawet z miesiąca na miesiąc. Minimalny okres wynajmu to pół roku, przy czym zawsze żądam od lokatorów równowartości dwumiesięcznego czynszu i wadium na poczet ewentualnych zniszczeń.
– Naprawdę? – W szarych oczach J.D. zabłysły kpiące iskierki.
– Oczywiście.
– No to świetnie. – Z wyraźną satysfakcją odpowiedział wyzwaniem na wyzwanie. – Poproszę o dokumenty do podpisu.
ROZDZIAŁ 2
To szaleństwo – mruknęła pod nosem Tiffany, wdrapując się na drugie piętro.
J.D. szedł za nią, dźwigając worek i neseser. Niesprawna noga nie ułatwiała mu pokonywania stromych schodów.
– Nie do końca – zaoponował, gdy dotarli na miejsce. Westchnął z ulgą i rzucił bagaże na pasiasty materac, leżący na staroświeckim łożu z mosiężnym zagłówkiem.
