
– Nikt z nas nie uważał i nie uważa, że jesteś złą matką – powiedział J.D. i otworzył drzwi balkonowe. Podmuch wiatru wniósł do pokoju orzeźwiający zapach kwiatów i świeżo ściętej trawy.
– Złą matką nie. Tylko beznadziejną żoną.
J.D. nie podjął wyzwania.
– Wiem, co sądzi o mnie twoja rodzina – ciągnęła Tiffany rozgoryczonym tonem. Stare urazy nie dawały jej spokoju. – Nieraz słyszałam, że wybrałam dużo starszego męża nie tylko ze względu na jego pieniądze, ale także dlatego, że dorastałam bez ojca.
– A co ty o tym sądzisz?
– Ja wiem swoje. Pokochałam twojego brata, po prostu. Wierz mi, to się ludziom zdarza, i wtedy, gdy w grę wchodzi uczucie, inne sprawy, jak na przykład różnica wieku, przestają mieć znaczenie. A poza tym, on nie żyje i nikomu nic do tego.
Tiffany pochyliła się i starannie starła smugę kurzu z szafki przy łóżku. Chciała ukryć twarz, w której zazwyczaj można było czytać jak w otwartej księdze. Wolała, żeby J.D. nie dostrzegł, jak bardzo nadal ją oburzają podłe, niczym nie usprawiedliwione opinie Santinich. Szczególnie teraz, kiedy efekty jej własnych wysiłków wychowawczych stanęły pod znakiem zapytania.
– Nie musisz się tłumaczyć.
– Nie?! – wykrzyknęła, niezdolna już dłużej hamować emocji. – To po diabła przyjechałeś do Bittersweet? Nie próbuj dłużej mydlić mi oczu bajeczkami o winnicy, dobra? Koło granicy z Oregonem znajdziesz z tuzin takich samych dziur jak ta, a drugie tyle w Kalifornii. Muszę naprawdę mieć pecha, że akurat tutaj cię przyniosło!
Tiffany zamilkła, uświadamiając sobie, że J.D. wpatruje się w nią uważnie z nie ukrywanym politowaniem. W każdym razie tak to odebrała. Obronnym gestem skrzyżowała ramiona na piersiach. Znowu to samo. Za każdym razem, gdy znalazła się w towarzystwie J.D., traciła kontrolę nad swoim zachowaniem; zwykle spokojna i opanowana wybuchała gniewem lub w najlepszym wypadku wygłaszała pod adresem szwagra złośliwości.
