
– Słuchaj, J.D., to nonsens, żebyś wynajmował u mnie takie małe mieszkanie – powiedziała w miarę obojętnym tonem, ogarniając gestem niewielką przestrzeń.
Miejsca w pokoju starczało tylko na łóżko, biurko, stolik, małą kanapkę i telewizor. Kuchnia z trudem mieściła dwupalnikową płytę do gotowania, małą lodówkę i zlew. Łazienka była zdecydowanie niewielka; znajdowały się w niej prysznic, sedes i umywalka.
– Jak dla mnie, wystarczy – rzekł lakonicznie. Jego miękka, południowa wymowa zirytowała Tiffany.
– Mam nadzieję, że nie zostaniesz na dłużej?
J.D. nie odpowiedział od razu.
– A gdybym chciał zostać dla ciebie?
– Na razie nie masz po co – wykrztusiła z trudem, zmieszana. Momentalnie pożałowała tych słów, ponieważ J.D. spytał:
– A mogę mieć?
– Nie! – wykrzyknęła, i zaczerwieniła się mocno. – O… oczywiście, że nie. Chyba że chcesz…
– Chcę.
Stał zbyt blisko. Tiffany przebiegł dreszcz.
– Skoro tak, to czuj się jak u siebie w domu.
– Dzięki, nie omieszkam.
Tiffany nie zamierzała ciągnąć tej krępującej, pełnej podtekstów rozmowy. Odwróciła się na pięcie i zbiegła po schodach. Miała masę pracy i mnóstwo problemów. Doprawdy nie potrzebowała ich więcej, a przyjazd przedstawiciela klanu Santinich mógł oznaczać dla niej tylko jedno: dodatkowe komplikacje, całkowicie zbędne w sytuacji, w jakiej tkwiła od czasu śmierci męża. Przestraszyła się, że pobyt J.D. pod jej dachem zniweczy z takim mozołem odzyskany spokój. I tak ostatnio wyniknęły kłopoty ze Stephenem. No cóż, zaczął się w jego życiu okres dojrzewania i hormony dały o sobie znać. Z pewnością obecność ojca pomogłaby chłopcu przetrwać ten trudny czas. Niestety, zabrała go śmierć i Tiffany musiała polegać wyłącznie na swoim instynkcie macierzyńskim.
