– No i dobrze – mruknął Stephen, zaglądając do garnka z sosem barbecue, który perkotał na kuchni.

Mimo zapadającej nocy wciąż było gorąco. Wspaniale ubarwiony koliber w poszukiwaniu nektaru przyleciał w pobliże domu, do kwiatów klematisu, oplatającego kuchenną werandę, a dzięcioł zapamiętale stukał w pień starego dębu. Od ulicy dobiegał stłumiony szum przejeżdżających aut.

– Przyjdzie na kolację?

– Nie sądzę.

– To i dobrze.

– Nie mów tak, przecież to twój bliski krewny, rodzony brat twojego ojca – upomniała syna Tiffany.

A mój szwagier, dodała w duchu, czy mi się to podoba, czy, nie. J.D. podpisał umowę najmu aż na pół roku, wręczył jej czek i pokuśtykał do samochodu po resztę swego dobytku. Kontuzja wciąż była widoczna i Tiffany zastanawiała się, czy właśnie otarcie się o śmierć skłoniło go do pojednania z ojcem. A może Carlo namówił go do tego po śmierci starszego syna? Serce jej się ścisnęło na wspomnienie koszmarnego wypadku, na skutek którego utraciła Philipa. Od tamtego pamiętnego tragicznego wydarzenia nie opuszczało jej przytłaczające poczucie winy. To ono łączyło ją z nieżyjącym mężem. Owszem, kochała Philipa, ale to uczucie już należało do przeszłości, która dla niej była zamkniętym rozdziałem.

– Czemu cię dziś wezwali na rozmowę do kuratorki? – zapytał Stephen sztucznie obojętnym tonem. Nerwowo pocierał łokieć. Był to tik, który pozostał mu z dzieciństwa.

– Chciała mnie bliżej poznać.

Za drzwiami prowadzącymi na werandę miauknął kot.

– Chodź, głodomorze! – zawołała z uśmiechem Tiffany. Zauważyła, że listwa na drzwiach jest coraz bardziej obluzowana. Kolejna rzecz w domu wymagająca naprawy. Węgielek z gracją wszedł do kuchni.

– Domyślam się, mamo. – Stephen drążył temat. – Czy możesz mi powiedzieć, o co cię pytała?

Tiffany uznała, że właśnie nadszedł odpowiedni moment na szczerą rozmowę. Od dawna czekała na taką okazję.



23 из 188