
– Mamo! – Z korytarza dobiegło wołanie Christiny. Wkrótce i ona sama pojawiła się w drzwiach, ciągnąc za sobą kocyk.
– No i proszę, patrzcie państwo, kto tu do nas przyszedł! – Tiffany uniosła córeczkę z podłogi i cmoknęła w czoło. – Wyspała się dzidzia?
– Tak! – zamruczała Christina i oparła ciężką od snu głowę na ramieniu matki.
– Gęgul Śpioch! – roześmiał się Stephen i wziął ze stołu kolejną kiść winogron.
– Nie jestem Gęgul Śpioch! – zaprotestowała dziewczynka.
– Nie kłóćcie się. Oczywiście, że nie jesteś, kochanie. – Tiffany rzuciła synowi ostrzegawcze spojrzenie. – On się tak tylko z tobą droczy.
– On jest wielki…bałwan! – powiedziała mała.
– Ho, ho, ho – drażnił się z siostrą Stephen. – Powiedz, Chrissie, kto jest bałwan?
– Uspokójcie się wreszcie – zwróciła się do dzieci Tiffany. – Zjedz trochę winogron, mój skarbie, a ja upiekę kurczaki.
– Nie lubię winogron!
Stephen wypluł kolejną pestkę do zlewu.
– Patrz, mamuniu, ale świnka. Ciebie też nie lubię, bałwanie!
– Christina, przestań przezywać brata, a ty, Stephen, wstydź się! Taki stary koń, a dokucza zaspanemu dziecku. Chciałam zauważyć, że ty też często wstajesz z łóżka lewą nogą.
– Niech idzie spać! – rozkazującym tonem powiedziała Christina.
– Ja nie śpię w dzień, bo jestem dorosły.
– Skoro tak, to nakryj do stołu – zarządziła Tiffany. Chłopak niechętnie zabrał się do roboty, mamrocząc coś pod nosem o babskich zajęciach.
– Dlaczego nie możemy iść na wesele? – spytał Stephen, kładąc na stół trzy plecione podkładki pod talerze. Potem sięgnął do kredensu po szklanki. Tiffany usłyszała kroki na werandzie i wyjrzała. Był to J.D. Przebywanie z nim pod jednym dachem nie będzie ani łatwe, ani przyjemne, pomyślała.
