
Tiffany wzięła z parapetu buteleczkę aspiryny i wysypała na dłoń dwie tabletki.
– Boli cię głowa?
– Jak diabli. – Tiffany nalała sobie szklankę wody i połknęła lekarstwo. – A teraz mów, z czym przyjechałeś, Jay.
J.D. postawił worek i neseser i oparł się o kredens. Znów ogarnęło go poczucie winy na myśl o akcie własności domu, schowanym na dnie nesesera. Choć miał za złe Tiffany Nesbitt Santini mnóstwo rzeczy, jednak wcale nie chciał pomnażać jej problemów.
– No, Jay, śmiało! Nietrudno się domyślić, że nie wybrałeś się w drogę tylko po to, żeby mi powiedzieć dzień dobry.
– Nie, ale rzeczywiście chciałem się z tobą spotkać.
– Ciekawe… czuję, że masz mi do powiedzenia coś takiego, czego wcale nie chcę słuchać.
W tym momencie przy drzwiach od ogrodu pojawiła się starsza pani w zbyt obszernych ogrodniczkach, słomianym kapeluszu i rękawicach ochronnych. Na nosie miała okulary słoneczne, a w dłoni bukiet róż.
– Wydawało mi się, że słyszę jakieś głosy – powiedziała, wchodząc. Zatrzymała się nagle na widok J.D. – Nie wiedziałam, kochanie, że masz gościa.
– Pani Roberta Ellingsworth, mój szwagier J.D. Santini – przedstawiła ich Tiffany.
– Miło mi panią poznać – powiedział J.D.
Kobieta energicznie wyciągnęła dłoń w uwalanej ziemią rękawiczce, spostrzegła swój nietakt i wybuchnęła śmiechem.
– Mów mi Ellie, młodzieńcze, tak jak wszyscy. Weź kwiaty, Tiffany, przyniosłam je dla ciebie.
– Dzięki. Śliczne róże.
– Ja pomagałam! – oznajmiła z dumą Christina.
– Oczywiście, że pomagałaś, moje ty słoneczko. – Starsza pani zdjęła rękawiczkę i z czułością pogłaskała dziewczynkę po głowie. – Co ja bym bez ciebie zrobiła!
– A co ja bez ciebie – westchnęła Tiffany i powąchała róże. – Dziękuję, Ellie, że znów zajęłaś się dzieciakami.
– Nie ma o czym mówić, kochanie, zawsze możesz na mnie liczyć.
