
– Spieszysz się – skonstatowała. – Przykro mi, że cię zatrzymuję… Naprawdę nie musisz się o mnie martwić…
Chciała jeszcze coś dodać, ale nim otworzyła usta, usłyszała głośne burczenie własnego żołądka. Zażenowana zarumieniła się aż po czubek głowy i machinalnie przycisnęła ręce do brzucha w nadziei, że go tym gestem uspokoi.
Anglik westchnął bezradnie.
– Na litość boską! – powiedział nieoczekiwanie ciepłym głosem. – Chodź, postawię ci coś do jedzenia, bo inaczej nigdy nie zaczniesz myśleć o sprawach poważnych.
– Nie musisz nic dla mnie robić – usiłowała protestować, choć perspektywa zjedzenia lunchu wyglądała kusząco. – Poradzę sobie sama.
– Już to widzę! – zakpił i pociągnął ją za rękę w kierunku restauracji, tam zaś brutalnie posadził przy stole i zamówił coś do jedzenia.
– To miło z twojej strony – odezwała się cichym głosem, rozmasowując obolały przegub. Mężczyzna nie wyglądał na szczególnego osiłka, okazało się jednak, że uścisk dłoni miał żelazny.
– Wcale nie staram się być miły – odparł, zajmując miejsce na wprost niej. Wzrokiem pełnym dezaprobaty obrzucił jej niestaranną fryzurę oraz wymięty strój, a potem powiedział jakby sam do siebie: – Im szybciej uporam się z twoim problemem, tym prędzej będę mógł z czystym sumieniem zająć się własnymi sprawami.
Nastała chwila niezręcznej ciszy. Wreszcie Debora postanowiła wznowić konwersację.
– Dokąd się udajesz? – spytała.
– Do doliny Terawati. – Sięgnął do kieszeni po wizytówkę i podał ją Deborze. – Chyba powinniśmy się poznać – powiedział.
– Gil Hamilton. Hamilton i Douviers. Hydrobudowa w Tanah Terawati – przeczytała. – Mam na imię Debora – powiedziała, zwracając mu wizytówkę. – Debora Clarke.
Nie była przygotowana na taką reakcję. Wlepił w nią oczy rozszerzone zdziwieniem i swego rodzaju rozbawieniem.
– Słucham? Powiedziałaś, że jak się nazywasz?
– Debora Clarke – powtórzyła całkiem zbita z tropu. – Czy coś się stało?
