
Debora zdawała się jednak niczego nie widzieć.
– Zrobię wszystko – powtórzyła z żarliwym zapałem. – Wszystko, co zechcesz.
– Więc dobrze – westchnął jakby z rezygnacją. – Czy potrafisz przynajmniej pisać na maszynie?
– Tak – odparła bez zastanowienia. – Pracowałam w Londynie jako sekretarka.
Nie było przecież sensu zwierzać mu się, że w istocie była okropną sekretarką. Kiepsko znała ortografię i stale robiła błędy literowe. Tolerowano ją tylko dlatego, że była sympatyczna.
– A więc znasz się trochę na pracy biurowej?
– Och, tak. – Uśmiechnęła się do niego serdecznie.
Nie wyglądał na całkiem przekonanego. Ze zmarszczonymi brwiami obracał w mocnych, kwadratowych dłoniach widelec, od czasu do czasu posyłając Deborze przeszywające spojrzenie. Jego oczy już poznała; były jasnoszare, o chłodnym metalicznym połysku. Przyjrzała mu się teraz dokładniej. Miał inteligentną twarz, o surowych rysach i stanowczej szczęce. W tej chwili wydawał się wyraźnie przygnębiony i Debora usiłowała zgłębić tajemnicę jego złego nastroju. Nie wyglądał na zdeklarowanego ponuraka; świadczył o tym mimiczny układ zmarszczek wokół oczu i ust. Ma bardzo ładne usta, pomyślała. Chłodne, bezkompromisowe, ale nie pozbawione wrażliwego wyrazu. Przyglądała im się zafascynowana.
– Jak długo już podróżujesz? – spytał, wyrywając ją z zadumy.
– Prawie siedem miesięcy. – Obracała w palcach widelec, usiłując przestać myśleć o ustach Gila. – Blisko rok musiałam oszczędzać, żeby pozwolić sobie na tę wyprawę. W dzień pracowałam jako sekretarka, a wieczorami jako kelnerka w barze. Ale opłacało się… – westchnęła i dodała z żalem: – Następnym etapem miała być Australia, ale po stracie biletu chyba już nigdy tam nie dojadę…
Gil zignorował jej smutną refleksję i powiedział z wyraźnym zadowoleniem:
– Jak widzę, nie boisz się ciężkiej pracy. To się dobrze składa. Czy zawsze podróżujesz sama? – spytał po namyśle, a Debora odniosła wrażenie, że wypytuje ją o to wszystko nie bez istotnej przyczyny.
