
Gil odłożył widelec, którym ciągle się bawił i popatrzył na nią przeciągle. W przejrzystej głębi jego jasnych oczu dostrzegła zakłopotanie.
– Potrzebuję żony – powiedział.
ROZDZIAŁ DRUGI
Debora z wrażenia zakrztusiła się kawą.
– Co takiego? – wymamrotała, opanowując wreszcie niezbyt elegancki napad kaszlu. – Chyba nie mówisz poważnie?
– Nie jestem w nastroju do żartów – rzekł ponuro. – Potrzebujesz pracy, czy nie?
– Małżeństwo to chyba coś więcej niż praca! – obruszyła się.
– Ależ ja wcale nie zamierzam się z tobą ożenić. – Obrzucił jej przybrudzoną czerwoną koszulę i spłowiałe dżinsy spojrzeniem najwyższej dezaprobaty. – Boże broń! – dodał z naciskiem.
Debora sama sobie nie mogła się nadziwić, że w tak groteskowej, absurdalnej sytuacji poczuła się jednak dotknięta niesmakiem, z jakim odniósł się do perspektywy zostania jej prawowitym małżonkiem.
– Usłyszałam, że potrzebujesz żony – powiedziała tonem urażonej damy.
– Powiedziałem jedynie, iż potrzebuję kogoś, kto będzie zręcznie udawał, że jest moją żoną – poprawił ją, nie zważając zupełnie na jej nagłą zmianę nastroju. – A to nie jest zupełnie to samo.
– Jaki ma być cel tej maskarady? – spytała z nieoczekiwaną powagą.
Gil ociągał się z odpowiedzią, jakby dopiero zbierał i porządkował myśli.
– Jak już wiesz, jestem inżynierem – przemówił w końcu, a przeciągła intonacja zwiastowała dłuższą przemowę. – Niedawno założyłem własną firmę budowlaną do spółki z pewnym Francuzem, Pascalem Douviersem. Mamy ambicje stworzyć zespół złożony z najwybitniejszych francuskich i brytyjskich ekspertów. Udało już nam się odnieść pewne sukcesy w kilku przedsięwzięciach w Europie, ale Tanah Terawati jest naszą pierwszą budową na tak wielką skalę. Dzięki niej możemy wejść do ligi mistrzów! Wszystko zależy, czy wygramy przetarg i podpiszemy z indonezyjskim rządem kontrakt na realizację następnego etapu budowy. Właśnie teraz pracujemy nad tym projektem w Terawati…
