
– Przypuszczam, że nie masz konkretnych planów na najbliższe tygodnie? – zadał retoryczne pytanie, chyba po to tylko, by przerwać jej rozmyślania.
– Nie, nie mam… – powiedziała machinalnie. Ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że naprawdę rozważa jego zwariowaną propozycję! Wydawało jej się, iż śni na jawie.
– To się świetnie składa. – Gil odchylił się do tyłu i bacznie obserwował grę uczuć na jej wyrazistej twarzy. – Nie przeczę, że mi na tym zależy, ale byłabyś szalona, gdybyś odrzuciła tę korzystną ofertę.
– Mogę przecież pojechać do Parangu – przypomniała mu, gorączkowo rozważając wszystkie za i przeciw. – Mam wrażenie, że trochę wyolbrzymiłeś związane z tym niebezpieczeństwa…
Wzruszył ramionami.
– Oczywiście wybór należy do ciebie. Nie zapominaj jednak, że bez dokumentów narażasz się na szczególne kłopoty.
– Z tobą do Terawati również będę jechać bez dokumentów – zwróciła mu uwagę.
– Mam dobre stosunki z policją w Terawati. Myślę, że mógłbym załatwić ci kartę pobytu na trzy miesiące. Oczywiście mogłabyś poruszać się tylko po najbliższej okolicy… A jeśli w tym czasie wpadłabyś na tak nierozsądny pomysł, by uciekać do Parangu, nie wahałbym się zawiadomić policję, że podróżujesz nielegalnie… – Urwał i dodał po namyśle: – Właściwie mógłbym to zrobić nawet dziś po południu, jeśli zdecydujesz się jechać sama do Parangu. Oczywiście wyłącznie ze względu na twoje bezpieczeństwo.
– To perfidne z twojej strony! – oburzyła się. A już myślała, że Gil jest człowiekiem honoru! Jakże łatwo mogła popełnić błąd.
– Życie bywa brutalne – odrzekł ze stoickim spokojem.
– Ostatecznie to wyłącznie twoja wina, że znalazłaś się w tak pożałowania godnej sytuacji. Gdybyś zachowała się bardziej odpowiedzialnie… – podjął mentorskim tonem, ale Debora już go nie słuchała.
