
Debora zagryzła wargi i nerwowo zerknęła na pasażerów zmierzających w kierunku autobusu. Musiała szybko podjąć decyzję. Parang był miastem niebezpiecznym i, mimo swych przechwałek, perspektywa znalezienia się na tamtejszym bruku, bez jednej rupii przy duszy, przerażała ją. A Gil… Cóż, nie był może czarującym dżentelmenem, ale przynajmniej był Anglikiem, co zawsze napawało otuchą. Szorstki, obcesowy… ale w gruncie rzeczy godny zaufania. Oświadczył bardzo wyraźnie, że nie interesuje się nią jako kobietą… To powinno wystarczyć. Dlaczego jednak czuła się dziwnie urażona? Sama praca zaś wydawała się łatwa. Udawanie mogło być nawet zabawne. A poza tym dzięki temu zajęciu pozostanie dłużej na Seroku – tak jak chciała.
Czuła, że powraca jej zwykły optymizm. Czyż nie pragnęła przygód? Terawati stanowiło wyzwanie dla jej wojowniczej natury. Usłyszała znajomy warkot silnika. Odwróciła się i popatrzyła na autobus, a potem przeniosła wzrok na Gila Hamiltona. Teraz albo nigdy. Musi się zdecydować. Przełknęła nerwowo ślinę.
– Zgoda – powiedziała i nagle poczuła, że z podjęciem tej decyzji kamień spada jej z serca.
– W porządku. – Gil nie należał do mężczyzn, którzy traciliby czas na wylewne podziękowania, ale sprawiał wrażenie, jakby się nagle odprężył i poweselał.
– Pod jednym wszakże warunkiem… – podjęła.
– O co chodzi? – Spojrzał na nią zaintrygowany.
– Nigdy, przenigdy nie nazwiesz mnie Debbie. Mogę udawać twoją narzeczoną, ale nie zniosę zdrobniałej wersji swego imienia – rzekła stanowczo. – Zapamiętaj, że mam na imię Debora.
Przez chwilę myślała, że Gil zaprotestuje – a tu nagle ponure linie jego twarzy wygładziły się i uśmiechnął się subtelnym, bardzo ujmującym uśmiechem, który ocieplił jego szare oczy, a ustom nadał lekko zmysłowy, tajemniczy wyraz. Zaskoczona tą nagłą odmianą, poczuła, że robi jej się sucho w gardle z wrażenia.
