
– Zgoda – powiedział. – Uściśnijmy sobie dłonie na tę okoliczność, Deboro.
Po chwili poczuła, że jego palce zaciskają się wokół jej dłoni. To był twardy, męski, a jednocześnie serdeczny uścisk. Odczuwała mrowienie całej ręki, gdy ją wreszcie puścił, i patrzyła na nią, jakby szukając na skórze śladów palców Gila.
Na litość boską, co też wyprawiała? Czy na jawie to było, czy we śnie, że zgodziła się na tak dziwny układ z mężczyzną, którego samo dotknięcie ręki przyprawiało ją o drżenie?
Po chwili Gil wyjaśnił kierowcy sytuację i zdjął z dachu autobusu jej plecak.
– Czy to wszystko? – spytał z kwaśną miną.
Po wielu miesiącach podróży plecak Debory miał wygląd godny pożałowania.
– Wszystko – potwierdziła, poklepując plecak z czułością. – Nie lubię podróżować ze zbyt dużym bagażem.
– Zdążyłem to już zauważyć – odparł kąśliwie. Wziął plecak i zaniósł go do samochodu.
Wydając ogłuszające dźwięki i pozostawiając za sobą czarną chmurę spalin, autobus wyjechał na drogę. Po chwili zniknął za zakrętem i zaległa cisza, zmącona jedynie miarowym brzęczeniem owadów.
Debora westchnęła.
– Chyba już za późno na zmianę zdania – odezwała się w zamyśleniu.
– Święta racja – skonstatował i patrząc na plecak, dodał: – Trzeba będzie go ukryć. Moja żona w żadnym razie nie może z czymś takim podróżować. Poza tym sugeruję, byś się przebrała. – Omiótł jej wygnieciony strój niechętnym spojrzeniem. – Nie masz przy sobie nic trochę bardziej eleganckiego?
Pomyślała o swoich czterech podkoszulkach, mocno już zużytych; miała jeszcze luźne bawełniane spodnie i niebieską, indyjską sukienkę. To była cała jej garderoba.
– Nie mam nic, co by ciebie zadowalało – powiedziała chłodno i z godnością. – Możemy schować plecak i powiedzieć twoim znajomym, że linie lotnicze zgubiły moje walizy.
