
– Postaram się – zapewniła go z rezygnacją. Nie chciała się przed sobą przyznać, ale była zazdrosna o Debbie i zła na Gila, że stale ją bierze w obronę. A przecież to właśnie Debbie go teraz zawiodła! – Nie znam twojej narzeczonej i dlatego zadaję pytania. Jeśli ktoś mnie spyta, dlaczego nie pobraliśmy się wcześniej, co mu odpowiem? Że potrzeba czasu, by wybrać kolor lukru na weselnym torcie?
Gil spojrzał na nią z wyrzutem.
– Po prostu powiesz, iż na wszystko przychodzi właściwy czas – pouczył ją rzeczowym tonem.
– Chcesz powiedzieć, że ten właściwy czas nadszedł teraz, gdy przyjechałeś na dwa dni do Londynu, czy tak? – spytała drwiąco.
Jego do tej pory posępne oblicze nieoczekiwanie się rozpogodziło. Właściwie nie był to uśmiech, a tylko nieznaczne wygięcie warg, które spowodowało, iż pogłębiły mu się zmarszczki w kącikach oczu.
– A czemu by nie? – Spojrzał chytrze na Deborę, a ona poczuła, że serce jej wykonuje groźne salto mortale. – Po prostu będziesz musiała się przyznać, że już dłużej nie mogłaś beze mnie żyć!
Debora czuła, że fala gorąca oblewa jej szyję i pozostawia krwawe plamy na policzkach, zmusiła się jednak, by popatrzeć mu w oczy.
– To ty powinieneś powiedzieć, że nie możesz beze mnie żyć! – odparowała odważnie.
Gil skoncentrował uwagę na prowadzeniu samochodu.
– Mam wrażenie, że rychło sami dojdą do takiego wniosku – mruknął pod nosem. Po jego twarzy błąkał się niepokojący, tajemniczy uśmieszek.
Debora wbiła wzrok w szybę, ale oczami wyobraźni nadal widziała jego twarz, zmienioną pod wpływem uśmiechu.
– Skoro już wiem, kim jestem i jak się poznaliśmy – podjęła z udawanym ożywieniem – powinnam chyba wreszcie dowiedzieć się czegoś więcej o swym nowo poślubionym mężu. Nie mogę zrobić głupiej miny, jeśli ktoś wspomni, że karierę zaczynałeś jako tancerz w balecie.
– Na Boga, skąd wiesz? – rzucił zaczepnie. Patrzyła nań oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.
