Stała się dzika niczym wilk, płochliwa jak łania. Głód był dla niej czymś naturalnym, podobnie jak chłód. Ruchy miała zwierzęce, szybkie, nerwowe w każdej chwili gotowa do ucieczki. Oczy zawsze czujne, wypatrujące, natychmiast dostrzegały zbliżające się niebezpieczeństwo. Nawet we śnie słyszała każdy dźwięk, choćby najsłabszy, za dnia umiała odróżnić każdy obcy szmer.

Mówienia nie zapomniała, koza wysłuchiwała wszystkich jej zwierzeń.

Zapomniała natomiast płaczu. Płacz należał do pierwszego roku spędzonego w samotności.

Najlepsze chwile przeżywała wówczas, gdy siadywała wysoko, na stoku wzgórza, i wpatrywała się w leżącą poniżej parafię.

Grastensholm. Wymarłe, opuszczone, wiatr gwizdał w pustych oknach i wieżyczce na dachu. Farba opadała ze ścian. Jesienią liście zasypywały dziedziniec, bo nie miał kto ich zebrać. Pola były uprawiane przez dzierżawcę z Lipowej Alei. Tylko dom stał pusty.

Ostatnio jednak zaczęła dostrzegać życie i ruch we dworze. Do ścian przystawiono drabiny, drewno zostało pociągnięte czarną smołą. Do obór i stajni wprowadzono zwierzęta.

To cieszyło Vingę, a z drugiej strony napawało lękiem.

A gdyby to jej krewni? Ze Szwecji? Czy powinna zebrać się na odwagę i zejść na dół?

Pewnego dnia do dworu przyjechał duży wóz, zlazł z niego niezdarnie jakiś otyły, ciężki mężczyzna i wszedł na schody. Zachowywał się jak władca. I to on był tym, który przyprawił ją o zimne dreszcze tamtego dnia, gdy oświadczył, że Vinga pojedzie do domu madame Fleden.

Pan Snivel.

Co on robi w Grastensholm? On naprawdę nie miał tam żadnego interesu! Vinga poczuła, że dławi ją wściekłość, ale teraz zbyt się bała ludzi, by odważyła się cokolwiek zrobić.



10 из 189