
Elistrand leżało za daleko, nie mogła stąd zobaczyć, czy są tam jacyś mieszkańcy.
Czasy Ludzi Lodu w parafii Grastensholm przeminęły.
Teraz została już tylko ona. I nie wiedziała nic o tamtych dwóch rodzinach, które pozostały w Szwecji. Też były to rody nieliczne. Jedna kuzynka, Ingela, miała syna imieniem Ola, a w Skanii mieszkał Arv Grip, ale on żył samotnie.
I to wszystko. Vinga nie znała adresów szwedzkich krewnych.
W gruncie rzeczy właściwie o nich zapomniała.
Tej wiosny roku 1794 krążyła pewnego dnia wokół domu, zbierając małe, młodziutkie zioła, z których zamierzała ugotować zupę.
Kochała wiosnę. Czas, kiedy nie musiała już sypiać przytulona do ciepłego boku kozy, podczas gdy śnieg wdzierał się do izby przez dziurawy dach i ściany, kiedy nie musiała zdzierać kory z pni brzóz, żeby ją potem zetrzeć na mąkę, której dodawała do chleba. Kiedy nie musiała już wydzielać kozie pożywienia małymi porcjami ani słuchać żałosnych pobekiwań głodnego zwierzęcia, gdy nie czuła już pod dłonią, jak bardzo jej żywicielka wychudła.
Wiosną błądziły obie po lasach, ona i koza, znajdowały pożywne rośliny pod uschłymi brunatnymi liśćmi i zieloną trawę na leśnych polanach. Koza obgryzała bezlitośnie młode pędy brzóz, Vinga zaś zrywała pąki z małych sosenek i ożywała.
Pojmowała, oczywiście, że jej życie zostało zredukowane do uporczywej walki o przetrwanie, że nie ma w nim miejsca na nic więcej. Nie mogła zająć się niczym twórczym, nie było na to czasu.
W głębi duszy jednak, pod uśpioną świadomością, nieustannie kołatała jedna myśl. Wciąż majaczył jej jeden cel, choć w miarę upływu czasu coraz słabiej.
Chciała odzyskać to, co zostało jej ukradzione!
W lesie dały się słyszeć głosy, młode i radosne. Vinga zamarła. Rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że koza pasie się teraz w osłoniętej kotlinie, gdzie trudno ją dostrzec. Sama natychmiast pobiegła lekko jak gazela do kryjówki, ale po chwili zastanowienia zaczęła się skradać bliżej głosów, przestraszona, ale ciekawa niczym leśne zwierzę, do którego tak bardzo się upodobniła. Przykucnęła za pniem zwalonej sosny i po chwili ich zobaczyła. Młody mężczyzna i młoda dziewczyna. Szli, trzymając się za ręce, rozmawiali i śmiali się, ale patrzyli pod nogi, na zarośla, przez które się przedzierali.
