
Vinga poczuła zimno na plecach. Madame Fleden słynna była ze swoich drakońskich zasad. Ci, którzy tam trafili, byli traktowani gorzej niż więźniowie. Niczym mnisi lub zakonnice umieszczani byli w małych, ciasnych izdebkach, musieli spędzać dnie na modlitwie i pracy, o głodzie, a na dodatek bito ich za byle co.
Tej nocy Vinga uciekła. Zapakowała na mały wózek wszystko, co uznała za przydatne dla siebie i kozy, i wyruszyła w stronę wzgórz. Chętnie wzięłaby jeszcze parę kur, ale trudno je było transponować, krowy natomiast nie odważyła się zabrać, uważała, że komornicza zagroda jest za mała i nie dość bezpieczna dla tak dużego zwierzęcia.
Wszystko to wydarzyło się dawno temu.
Dawała sobie jakoś radę. Ona i koza przeżyły już dwie mroźne zimy. Jesienią Vinga oczyszczała okoliczny las z jagód, w czasie żniw nocami skradała się na pola i zbierała porzucone kłosy, w ten sposób zdobywała trochę mąki na chleb. Zdarzało się, że chodziła na pola jeszcze przed żniwiarzami, bo zimy bywały długie, a koza potrzebowała dużo jedzenia. Co to zresztą miało za znaczenie, że wzięła tych parę kłosów? Naprawdę trudno to liczyć jako szkodę!
Vinga niemal zapomniała o swoich związkach z ludźmi. Jakby stopiła się z lasem, stała się jego częścią. Drwale nie raz opowiadali o huldrze, leśnej nimfie, która to tu, to tam mignęła im czasem przed oczyma – nieduża postać ubrana w łachmany, o spłoszonym wzroku i rozpuszczonych jasnych włosach. Jeden czy drugi rzucił czasem myśl, że to może być Vinga, Tarkowa córka, która przepadła gdzieś tak dawno temu, ale inni śmiali się wtedy z niego i mówili, że z pewnością ma przywidzenia.
Oczywiście, zdarzało się, że jacyś ludzie, zbieracze jagód lub inni, przechodzili niekiedy obok porzuconej zagrody komorników. Z zewnątrz jednak wszystko wyglądało jak kompletna ruina, nikomu by do głowy nie przyszło, że da się tam mieszkać. Ganek zbutwiał do tego stopnia, że nie można się było dostać do drzwi wejściowych. A nikt nie pomyślał, że lekka Vinga przeskakuje przez spróchniałe deski, które zostawiła świadomie właśnie dlatego, by nikt nie zechciał wejść do środka.
