Vinga poczuła ukłucie w sercu i zalała ją fala trudnej do opanowania tęsknoty. Było ich dwoje i szli razem! To, że należeli każde do innej płci, nie zrobiło na niej wrażenia, to wiązało się ze światem, którego nie zdążyła poznać, ale tego, że byli we dwoje, zapomnieć nie mogła.

Para zatrzymała się. Patrzyli sobie w oczy, palce ich rąk splatały się. W oczach lśniło coś, o czym Vinga niemal całkiem zapomniała. To, co czasami powracało do niej w snach. Oczy mamy lub ojca, pełne miłości, ciepła i czułości dla niej.

Nagle poczuła dławiący ból w gardle. Oczy napełniły się łzami. Mama… i ojciec! Zapragnęła, aby młoda para poszła sobie stąd, by ona mogła zostać sama ze swoją rozpaczą.

Na szczęście udręka nie trwała długo. Jeśli tamtym mignęło coś spoza zwalonych sosen, coś, co przypominało blond włosy lub zalśniło jak para napełnionych łzami czujnych oczu, które ich śledziły, to musieli uznać, że to zapewne blask słońca w zeszłorocznych trawach i być może jakaś wiewiórka, zaciekawiona, kto też to chodzi po jej lesie.

Kiedy odeszli, Vinga pomknęła, skacząc swoim zwyczajem przez pnie i kamienie, z powrotem do komorniczej chaty. Po drodze zabrała kozę, a przemawiała do niej bardzo surowo.

– Chodź! Wracamy do domu!

Koza to wprawdzie nie pies, ale ta była tak przyzwyczajona do Vingi, że widziała w niej swoją przewodniczkę stada. Dlatego poszła bez oporu. Były przecież tylko one dwie na całym świecie, Vinga znaczyła dla niej jedzenie, ciepło i ochronę przed dzikimi zwierzętami. Co prawda drapieżniki nie włóczyły się w tych czasach stadami po parafii Grastensholm, ale co to można wiedzieć!



12 из 189