Wróciły do domu. Vinga mówiła przez cały czas, kiedy szły przez wzniesienia i szukały w lesie czegoś jadalnego.

– Wrony wrzeszczą dzisiaj tak okropnie, pewnie budują gniazda. A słyszałaś szpaka dziś rano? Zdaje mi się, że on zamierza uściełać gniazdo w budce, którą mu w zeszłym roku powiesiłam na drzewie. Wtedy przyleciał tylko i pooglądał. Nie, no wiesz, to były moje liście, możesz chyba poszukać sobie w innym miejscu. Ty masz większy wybór niż ja. Jedz oset albo wawrzynek, a jadalne dla ludzi zostaw mnie! Och, przepraszam, ja tylko żartowałam, masz, proszę bardzo! Nie chcę, żebyś jadła wawrzynki, mam przecież tylko ciebie.

Upadła na kolana i przytuliła czoło do głowy swojej towarzyszki, tak że zwierzę utonęło w chmurze jasnych włosów.

Znowu powróciła uporczywa, bolesna myśl, że być może pewnego dnia będzie musiała pogodzić się ze stratą kozy. Natura obdarzyła je przecież różną długością życia i Vinga często się bała, tak okropnie się tego bała!

Nagle podniosła głowę jak czujne dzikie zwierzę.

– A to co znowu? Do środka! Natychmiast!

Pomknęły przez polankę. Vinga przeskakiwała zdradzieckie spróchniałe pnie, koza sadziła za nią. Znała drogę do domu, umiała unikać zbutwiałych desek.

Vinga wyglądała przez szparę w ścianie i po chwili odetchnęła z ulgą.

– Łoś! Nic strasznego! To samica, znamy ją. Jedynym zagrożeniem dla nas są ludzie, wiesz o tym. Oni mogą nas stąd zabrać. A potem wpakują mnie do jakiegoś okropnego domu i odbiorą mi ciebie. Nie możemy im na to pozwolić!

Skuliły się, przytulone do siebie, Vinga z nosem w sierści kozy. Zwierzę mniej się tym wszystkim przejmowało, odwróciło głowę i zaczęło przeżuwać.

Vinga musiała czekać z gotowaniem zupy, dopóki się nie upewniła, że tamta młoda para odeszła na dobre. Dopiero wtedy rozpaliła ogień, wyjęła garnek, przywieziony tu z Elistrand, i rozpuściła trochę tłuszczu, którego zapach nawet największego biedaka musiałby przyprawić o mdłości. Ale dla niej było to świąteczne jedzenie. Pierwsza wiosenna zupa!



13 из 189