
Teraz jednak dotarł do celu.
Powoli zaczął zjeżdżać w dół, niepewny, co powinien zrobić najpierw.
Nie ujechał daleko, gdy nagle zobaczył, że drogą zbliża się jakiś stary człowiek na furce. Heike ponownie wstrzymał konia, na moment owładnęło nim pragnienie, by uskoczyć w las, ale opanował je. Teraz musi się nauczyć. Dzielnie oczekiwał więc tego, co miało nastąpić. Tutejsi ludzie będą się przecież musieli do niego przyzwyczaić. I kiedyś trzeba zacząć.
Stary na wozie zmrużył oczy i przyglądał się obcemu. A gdy zbliżył się już znacznie, przystanął.
Teraz się zacznie, pomyślał Heike.
– Niech będzie pochwalony… – pozdrowił.
Nie wszystko jednak odbyło się tak jak zwykle.
Bezzębne usta starego zadrżały, głos także.
– Na wieki wieków… Ale, Panie Święty, czy to nie…? Nie! Musiało mi się przywidzieć.
Heike miał zamiar powiedzieć: „Nie, nie jestem Jego Wysokością, Szatanem we własnej osobie”, ale się powstrzymał, gdy dotarło do niego, że w głosie i oczach starego przebija nadzieja.
– O co chodzi? – zapytał.
– Nie, nic. Zdawało mi się tylko, żem ujrzał duszę starego Paladina. Ale tak dobrze nie ma.
– Paladina?
– No tak, Ulvhedina, jak go nazywali. Ale jego dusza nie tłucze się po świecie. To był porządny człowiek.
Teraz Heike uśmiechnął się i zeskoczył z konia.
– Nie, ja nie jestem samym Ulvhedinem, ale jego krewnym. Mam na imię Heike i jestem wnukiem Daniela, wiesz, dziadku, syna Ingrid i Dana Linda z Ludzi Lodu.
Staremu wyraźnie teraz drżała broda. W oczach miał łzy, gdy podszedł i chwycił dłoń Heikego w swoje ręce.
– Wnuk Daniela? Młodego pana Daniela? Czy to na pewno prawda? O, że też pani Ingrid nie dożyła tej chwili! Jakie to smutne!
– Tak, ja też bardzo żałuję.
