Zdobywanie jedzenia to odrębny rozdział. Zabrała ze sobą z Elistrand dwie duże szynki. Wisiały teraz u sufitu mocno już okrojone, starannie owinięte i chronione przed muchami i myszami. Tej nocy, kiedy uciekła, ukradła też we dworze kozę. Kiedyś, jako małe koźlątko, była własnością Vingi. Teraz koza mieszkała razem z nią w izbie, dawała jej mleko, z którego można też było robić ser, a Vinga w zamian zbierała dla niej trawę i siano na zimę.

Wystarczyło stanąć na szczycie wzniesienia, by mogła zobaczyć wszystkie trzy dwory.

Rodzinne Elistrand…

Najwyraźniej ktoś tam teraz mieszkał. W żadnym razie jednak nie był to nikt z jej bliskich. Nic więcej nie wiedziała.

Mama i ojciec umarli.

To było nie do pojęcia.

Jej surowy, ale taki kochany ojciec, Vemund, i mama, Elisabet, która zawsze była dla wszystkich dobra.

Dlaczego musieli umrzeć?

Spoglądała w niebo i zapytywała raz po raz, co takiego złego uczynili, że musieli umrzeć od zarazy, której nazwy nawet nikt nie znał. Jakaś życzliwa dama powiedziała nad ich grobem: „Nie powinnaś rozpaczać, Vingo! Musisz zrozumieć, oni byli takimi wspaniałymi ludźmi, Pan Bóg kochał ich tak bardzo, że chciał mieć ich przy sobie”.

Ale czy oni sami chcieli umrzeć? Czy Vinga musiała zostać z nimi rozdzielona? O takie rzeczy pewnie dobrego Boga pytać nie należy.

Ona sama nie była widocznie dostatecznie dobra, skoro Bóg nie przejmował się jej losem.

Ten groźny człowiek, który przyszedł potem…

„Majątek zostanie skonfiskowany, Vingo. Ciąży na nim dług, a ty go nie zapłaciłaś”.

„Ja nie wiedziałam… Mogłabym sprzedać zbiory…”

„Czasy są ciężkie, dziewczyno, nie masz wcale zboża na sprzedaż. Kolejne lata nieurodzaju doprowadziły do tego, że twój ojciec musiał zastawić dom. Dalej nie można tego przeciągać!”



7 из 189