
– Wiem, że nie umiesz mówić, no bo skąd miałbyś umieć? – mówiła do siebie półgłosem. – Ale dobrze rozumiesz, o co mi chodzi. Wydajesz się słodki i taki bezradny, całkiem sam na świecie…
Mój ty Boże! Słodki? Bezradny? Ale Vanja miała dopiero jedenaście lat i była dość niezwykłą dziewczynką. Bardzo naiwną, otwartą i dziecinną, ale czasami zdumiewająco mądrą.
– Ale jak mam cię nazwać? – dalej paplała do siebie. – Dziecię Smutku? Tak jak w powieści „Singoalla” Viktora Rydberga? Nie, to do ciebie nie pasuje. Na pewno coś mi przyjdzie do głowy. Jeśli, oczywiście, będziesz chciał ze mną zostać? Bo możesz.
Vanja zawsze potrafiła znaleźć w sercu miejsce dla ptaszków, zwierząt i wszystkich innych bezbronnych stworzeń. Ją samą otaczała wielka miłość całej rodziny, starych rodziców tatusia Henninga: Viljara i Belindy, Malin i Pera Voldenów, starszej siostry Benedikte i „brata” Christoffera Voldena, który wcale nie był jej bratem. Przez całe życie była najmłodszym dzieckiem w rodzinie, ale teraz Benedikte miała synka Andre i to on przejął rolę najmniejszego, jego obsypywano pieszczotami. Vanja była już za dorosła na zazdrość i sama ubóstwiała malca, ale jej serce nagle wypełniło szczęście. Oto miała swoje własne dziecko, którym mogła się zajmować. Nie przeszkadzało jej nic a nic, że właściwie mały był brzydki jak noc i nie można go było nazwać człowiekiem. Wiele słyszała o demonach, sama dużo czytała z obszernych kronik Ludzi Lodu i tak naprawdę często rozmyślała o tym, jak ciekawie byłoby móc spotkać takiego demona. Ale nie należała przecież ani do dotkniętych, ani do wybranych, nie mogła więc się tego spodziewać.
Nagle ogarnęła ją zazdrość. Nikt nie odbierze jej tego stworzenia! Należało do niej, tylko do niej. Nikt nie może się o nim dowiedzieć.
Zniżonym głosem oznajmiła to swemu ulubieńcowi, ale na nim nie zrobiło to wrażenia. Chichotał tylko odsłaniając zęby i ruchliwy język.
