
Z wyrzutem spojrzał na córkę. Nadal stała zapatrzona w siną dal, niegodna istota! W społeczności bożej dla kobiet nie było miejsca. Stanowiły zło konieczne, które dane zostało stojącemu o tyle wyżej mężczyźnie, by mógł wypróbować siłę swej wiary. Cóż były warte dla Pana? Absolutnie nic!
Jak Bóg mógł go tak oszukać? Jego, Karla z Knapahult, swego uniżonego sługę, który dla Niego zbawił tyle dusz i tak wielu grzeszników skazał na potępienie!
I za to dostał jedynie córkę!
Gunilla, zapomniawszy o trzymanych w rękach skopkach, stała w miejscu i układała wiersz.
„O, zielony księżycu…”
Nie, to nie zabrzmiało zbyt dobrze. Może „żółty księżycu”? Nie, tak też źle. „O, srebrny księżycu, ty, który lśniąco blady kroczysz…”
Uff, że też to takie trudne! Gunilla zaśmiała się cicho ze swych poetyckich prób.
Zostawiła księżyc w spokoju i powiedziała do swego przyjaciela:
– Zrozum, powinnam teraz zanieść te skopki…
Nikogo obok niej nie było.
Gunilla musiała jednak wyobrażać sobie, że ma koło siebie przyjaciela, inaczej by nie wytrzymała.
Dziewczyna była dziwną mieszanką nagle dojrzałego ciała i nierozwiniętego jeszcze umysłu piętnastolatki. Miała ciemne włosy, surowo przycięte w chłopięcą fryzurę na pazia, z grzywką. Bez żadnych ozdób! Jej twarz była klasycznie regularna, ze złotobrązową cerą i mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Joanna d'Arc w wydaniu smalandzkim.
Ale bardzo zagubiona w świecie.
Gunilla nie mogła na to nic poradzić; niczym nie umotywowane, niezasłużone kary wymierzane jej przez ojca budziły w niej uczucie buntu, a zarazem rezygnacji. Przecież przez cały czas stara się robić wszystko, jak potrafi najlepiej! To prawda, często bywa roztargniona i zamyśla się, ale czy zaduma rzeczywiście jest grzechem śmiertelnym? Inna rzecz, że praca w gospodarstwie nie stanowiła jej ulubionego zajęcia, przypuszczała, że jej życiowe zadanie będzie inne, ale nigdy przecież nie okazywała niechęci, z całych sił starała się zadowolić ojca we wszystkim. A może w tym właśnie tkwił błąd?
