
Gunilla wcale nie uważała, że chłopak ma źle w głowie, on po prostu był taki inny! Jakby niedokończony, nie ukształtowany jako człowiek, jakby nadal szukał samego siebie. A jego nieudolne pieszczoty kojarzyła z czymś…
Jakiż ten Erland głupi!
Ocknęła się z marzeń i ruszyła w stronę domu ze skopkami w jednej dłoni i długą chochlą, którą sypała karmę dla kur, w drugiej. Chochlą gniewnie uderzała w mijane brzozy, co miało być głośnym wyrazem protestu przeciwko całemu światu.
Nagle jednak odwróciła się i poprosiła drzewa o wybaczenie.
– Nie chciałam wam zrobić nie złego – powiedziała z żalem. – Znów postąpiłam bezmyślnie, jak zwykle. Przepraszam, przepraszam!
Kiedy weszła do domu, uderzył ją od razu dziwny, niemiły zapach w kuchni. Zapach czegoś… zakazanego? W powietrzu unosiła się atmosfera, którą wyczuwała już wielokrotnie przedtem, ale nie umiała jej rozpoznać. Nastrój czegoś niestosownego? Gunilla nie potrafiła tego określić.
Ojciec natychmiast na nią naskoczył.
– Nie spieszyłaś się – powiedział cierpko. – Czy nic nie potrafisz zrobić porządnie? Pójdziesz teraz na Bergqvara i powiesz panu pisarzowi, że mogę przyjść w poniedziałek, jeśli tego sobie życzy.
Karl miał pewien ukryty cel w wysyłaniu Gunilli w tak błahej sprawie, właściwie zupełnie bez potrzeby. Pragnął jak najwcześniej zwrócić uwagę pisarza z Bergqvara na córkę, zanim ten człowiek, zwany także inspektorem, weźmie sobie nową żonę. Nie był mężczyzną pierwszej młodości, owdowiał wiele lat temu. Czas najwyższy, by otworzyły mu się oczy i dostrzegł Gunillę. Pisarzem dworskim nie należało pogardzać, z pewnością małżeństwo z nim stanowiło dla chłopskiej córki szczyt możliwości.
Ale Gunilla rada była poleceniu. Z panem pisarzem zawsze tak przyjemnie się gawędziło.
Nawet w najśmielszych marzeniach nie przychodziło jej do głowy, że ojciec pragnie uczynić z nich dwojga parę. Gdyby o tym wiedziała, z pewnością nie tańczyłaby tak lekka na porośniętej trawą drodze z Knapahult!
